Zapis przemian /2/

nocą w przedziale myśli swoich siedzisz a
krew uderza pod powieki okien wspominasz
rozważania o konsystencji nieba, noworodka
niedzielnej szkółki o szybowaniu nie ma ciem
no, nie ma mo kro i nie spać nie ma jak a two je ja
wyznaje wiarę niemożliwej niemożliwości lepkiej jak
oddech odzwierciedlony na celuloidzie szyby; i chyba
myślisz, roz po zna je tam mnie te go któ ry jest.

widzisz: wiatr przestaje bić pianę o korony drzew, krew
jest jak woda, słyszysz? , nieomal jak lepki tętna nerw
raz po raz coraz to mniej ospale kreśli jaskółcze trajektorie
dniom, kolejnym konstelacjom nadajesz nazwy, są takie drobne
zauważasz, jak dzieci, w swej poszczególnej pierwotności, gdzie
jest czas, kiedy kocie łapy śledziłeś kulawym wzrokiem, w imię
czyje zamilkł rezon widnokręgu, kiedy stał się omszałym snem
ówczesna cisza stała się twym dzisiejszym uwagi języczkiem?

Nie, odpowiadasz i widzisz że to jest dobre jak czekolada
albo pomarańcza jabłko w przełyku lub luka w twym torsie

Zbierasz się garść wysiedzianych myśli wrzucasz do kieszeni
order kiepskiej partyzantki której kres przynosi księżyc poranny

Stacyjki dróżnika nawet pies nie obwieszcza gniazdko
nad jej konarem dostrzegasz dopiero po pewnej chwili

Wysiadasz tam gdzie gwiazda pustynna i echo oddechu
bez ego i naboi bez ślepych ulic w radosnym mieście

Posted in Wiersze. 1 Comment »

2

U.N.K.L.E. - Rabbit in Your Headlights

zapis przemian

podejdź, jeśli twoja nagość stanie się
dla mnie jasna, będzie ci cieplej, powtarzała
ale nie burzyłem bezruchu, patrzyłem w las
drzewa tuliły się się do siebie smukłe, rześkie

z żywicznym spokojem zastanym w słojach

mogę cię ulepić na nowo, mówiła, będziesz
moim ulubionym golemem, słyszałem, niepokój
dojrzewał z delikatnością demiurga, a my tarmosiliśmy
się stopami, taktowni i oniemiali w naszej konkwiście

a ja nie mogłem oderwać wzroku od tabunu brzóz

wypowiadała jeszcze wiele wyrazów wierzyła w ten
pradawny rytuał obłe rubensowskie gesty nie
mieściły się w mych małżowinach i nawet nie
próbowałem lancetu interpunkcji rzuciłem ręcznik

potem podniosłem oczy do góry. padało.

*

Próbował poradzić sobie ze skomplikowaną czynnością założenia podwiązek na pończochy, żeby się nie marszczyły. Jak to przyjemnie, że może się złościć, a nie ma w tym ryzyka dla państwa, że można dać należną odprawę rozmaitym szczurom, ropuchom hienom i żmijom. Brzuchy rekinów były świadkami tego, że nie odmawiał sobie podobnych przyjemności. Czy gdzieś w Meksyku nie spoczywają zwłoki perfidnego gallego José Almoiny? No i Baska, Jesusa de Galindeza, kolejnego drania, który kąsał karmiącą go rękę? A zwłoki Ramona Marrera Aristy, który myśląc, że będąc zwykłym pisarzem, może przekazywać informacje do “The new York Timesa” przeciwko rządowi Dominikany płacącemu rachunki za jego pijatyki, wydawnictwa i kurwy? A trupy trzech siostrzyczek Mirabal, które bawiły się w komunistki i udawały bohaterki, czy również nie pozostały gdzieś daleko, by dać świadectwo, że kiedy dyktator wybuchnie gniewem, nic go nie powstrzyma? Nawet Valeriano i Barajita, dwoje szaleńców z El Conde, mogli o tym zaświadczyć.

Zatrzymał but w powietrzu, wspominając tę słynną parę. To prawdziwa instytucja w kolonialnej części miasta. Spędzali noce pod drzewami laurowymi w parku Colón, w podcieniach katedry, a w porze największego ruchu pojawiali się u wejścia do eleganckich magazynów z obuwiem albo sklepów jubilerskich dzielnicy El Conde i udawali wariatów po to, żeby ludzie rzucali im pieniądze albo coś do zjedzenia. Często widywał Valeriana i Barajitę odzianych w łachmany i jakieś absurdalne ozdoby. Kiedy Valeriano wcielał sięw Chrystusa, ciągnął za sobą krzyż, kiedy udawał Napoleona, wywijał kijem od szczotki, wykrzykiwał rozkazy i atakował nieprzyjaciela. Jeden ze szpicli Johnny’ego Abbesa doniósł, że wariat Valeriano zaczął naigrywać się z Szefa i nazywać go Mądralą. Zainteresował się tą sprawą. Pojechał sprawdzić, ukryty w samochodzie o przyciemnionych szybach. Starzec z piersią obwieszoną lusterkami i kapslami od butelek po piwie obnosił się z dumą, wypinając pierś z medalami, a wyglądał jak pajac popisujący się przed gronem wystraszonych ludzi, którzy nie wiedzieli, czy się śmiać, czy uciekać. “Oklaskujcie Chapię, tchórze”, wołała Barajita, wskazując na lśniącą od medali pierś wariata. Poczuł wtedy gorący dreszcz przebiegający mu po ciele, gniew oślepił go i kazał ukarać bezczelnego śmiałka. Natychmiast wydał rozkaz. Ale następnego ranka przyszło mu na myśl, że mimo wszystko wariaci nie wiedzą, co czynią, i zamiast ukarać Valeriana, trzeba wyciągnąć dłoń do tej pary żartownisiów, którzy działali za czyjąś namową, no i ciemnym świtem, takim jak dzisiejszy, rozkazał Johnny’emu Abbesowi: “Wariaci są tylko wariatami. Wypuść ich”. Szefowi Wojskowych Służb Wywiadowczych twarz spochmurniała. “Za późno Ekscelencjo. Od razu wczoraj rzuciliśmy ich rekinom na pożarcie. Żywych, jak pan kazał”.

Włożywszy buty, podniósł się z miejsca. Mąż stanu nie może żałować swoich decyzji. On nigdy niczego nie żałował. Tych dwóch biskupów także rzuciłby żywcem na pastwę rekinów. Rozpoczął kolejny etap porannej toalety, podejmowany każdego ranka z prawdziwą rozkoszą, i wspominał powieść, którą czytał w młodości, jedyną, jaka utkwiła mu w pamięci - Quo Vadis, historię Rzymian i chrześcijan, z której nigdy nie zapomniał postaci wyrafinowanego i bardzo bogatego Petroniusza, arbitra elegancji budzonego co rano do życia za pomocą masaży, ablucji, maści, eterycznych olejków, perfum i pieszczot swoich niewolnic. Gdyby miał więcej czasu, robiłby to samo co on: cały ranek spędzałby w rękach masażystek, pedikiurzystek, manikiurzystek, fryzjerów, kąpielowych, poddając się najpierw ćwiczeniom na pobudzenie mięśni i uaktywnienie serca. Tymczasem robiono mu tylko krótki masaż w południe, po obiedzie i nieco dłuższy i spokojniejszy w każą niedzielę, kiedy mógł oderwać się na dwie lub trzy godziny od absorbujących go obowiązków. Ale obecne czasy nie były odpowiednie do relaksowania zmysłów na wzór wielkiego Petroniusza. [..]

Mario Vargas Llosa, Święto kozła, przeł. Danuta Rycerz, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2003, s. 29-31

[...] - Nie jestem świętoszkiem ani fanatykiem, Antonio. Tylko praktykuję swoją wiarę, nic więcej. A od czasu, jak biskupi ogłosili List Pasterski 31 stycznia zeszłego roku, mam powód do dumy, że jestem katolikiem.
- A więc katolik nie może rozmawiać o kurwach, ale wolno mu zabijać, Turco? - prowokował dalej Imbert. Często tak rozmawiali: on i Salvador Estrella Sadhalá byli najserdeczniejszymi przyjaciółmi w całej grupie. Zawsze robili sobie kawały, często tak ryzykowne, że ci, którzy na to patrzyli, myśleli, że skoczą do siebie z pięściami. Jednak nigdy się nie kłócili, ich braterskie więzy były nierozerwalne. Ale tamtej nocy Turco nie przejawiał ani odrobiny poczucia humoru.
- Zabić kogoś, nie. Ale zlikwidować tyrana, tak. Znasz słowo tyranobójstwo? W nadzwyczajnych przypadkach Kościół na nie zezwala. Pisał o tym święty Tomasz z Akwinu. Chcesz wiedzieć, skąd to wiem? Kiedy zacząłem pomagać ludziom z ruchu 14 Czerwca i zrozumiałem, że czasami będę musiał pociągnąć za spust, poszedłem porozmawiać z naszym duchowym opiekunem, ojcem Fortinem. To kanadyjski ksiądz z Santiago. Załatwił mi audiencję u monsignore Lina Zaniniego, nuncjusza Jego Świątobliwości. Czy byłyby to grzech dla wierzącego, gdybym zabił Trujillo, monseñor? Przymknął oczy, zamyślił się. Mogę ci powtórzyć jego słowa, nawet z włoskim akcentem. Pokazał mi cytat ze świętego Tomasza, z jego Sumy teologicznej. Gdybym tego nie przeczytał, nie byłoby mnie z wami dzisiejszej nocy.

Antonio de la Maza odwrócił głowę, aby mu się przyjrzeć.
- Czy konsultowałeś to z twoim duchowym opiekunem?
Drżał mu głos. Porucznik Amado García Guerrero zląkł się, że Antonio za chwilę wybuchnie złością, do czego miał skłonności, odkąd Trujillo kazał przed laty zamordować jego brata Octavia. W jednym z napadów wściekłości o mało nie zerwał więzów przyjaźni, jaka łączyła go z Salvadorem Estrella Sadhalá. Ten uspokoił go:
- To było dawno temu, Antonio. Kiedy zacząłem pomagać ludziom z ruchu 14 Czerwca. Czy myślisz, że jestem aż tak niepoważnym gówniarzem, że powierzyłbym biednemu księdzu sprawę tej wagi?
- Wytłumacz, dlaczego możesz używać słowa gówniarz, a nie skurwiel, kutas, albo strzelać, Turco - zażartował Imbert, jeszcze raz próbując rozładować napięcie. - Czy te sprośne słowa nie obrażają Pana Boga?
- Boga nie obrażają słowa, tylko nieprzyzwoite myśli. - Turco zdecydował się ciągnąć dalej ten wątek. - Gówniarze, które zadają gówniane pytania, może go nie obrażają. Ale okropnie go nudzą.
- Byłeś dziś rano u komunii, żeby uczestniczyć w tym wielkim wydarzeniu z duszą w stanie łask?- prowokował go dalej Imbert.
- Od dziesięciu lat codziennie przystępuję do komunii - oświadczył Salvador. - Nie wiem, czy mam taką duszę, jaką powinien mieć chrześcijanin. Jeden Bóg to wie.

jw., s. 35-36

Zestaw do śmierci - Susan Sontag

 

Susan Sonntag - Death kit

Źródło: www.powells.com

W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku w literaturze amerykańskiej powstało sporo utworów o charakterze nowatorskim i awangardowym. Przejawiały one tak wiele wspólnych cech, wyrażających się przede wszystkim w dekonstrukcyjnym stosunku do tradycyjnie rozumianej powieści. Postrzegany z tej perspektywy „Zestaw do śmierci”, eksperymentalna powieść Suzan Sontag, znanej wcześnie z ciekawych i oryginalnych artykułów, wpisuje się dość dobrze w ten kontekst historyczno - literacki.

O wysokim potencjale literackich możliwości autorki możemy się przekonać już na początku powieści. Wystarczają jej dwie - trzy strony, by głównego bohatera książki obciążyć bagażem everymana (kolejny w literaturze amerykańskiej bohater w wieku Chrystusowym, por. “Światłość w sierpniu” Faulknera) z wszelkimi konsekwencjami tego stanu rzeczy, a Sontag robi to w taki sposób, jakby była tak łatwe do osiągnięcia przez pisarza, jak splunięcie. Podejrzewam, że większość ludzi, którzy kiedykolwiek próbowali zmierzyć się z pisaniem literatury na poziomie wykraczającym poza grafomańskie wygibasy stanowiące ujście odautorskiej emocjonalności, czytając pierwsze strony „Zestawu do śmierci” szybko nabierze estymy wobec Sontag. Łatwość i lekkość z jaką przychodzi jej kreacja świata przedstawionego oraz jej kontrola nad materią powieści pozytywnie zaskakują, znamionując pisarkę wysokiej próby. Wrażenie to towarzyszy lekturze, aż do czarnej, PIWowskiej obwoluty oznaczającej jej koniec.

Główną tematykę powieści można opisać w przestrzeni określanej przez Erosa i Thanatosa (korzystając z najczęściej przywoływanej formuły do analizy spuścizny literackiej Jarosława Iwaszkiewicza), co jest motywem stosunkowo częstym. Antynomia wzajemnie się określających pojęć - miłości i śmierci, erotyzmu i osobności, żywotności i obumierania - wykreślona na przeciwstawnych sobie kręgach znaczeniowych staje się podstawową osią konstrukcyjną powieści, przebiegając przez Daltona “Dudusia” Harrona, jej głównego bohatera, warunkując jego istnienie, pełne podejrzeń i wątpliwości. Jest to bohater literacki specyficznego sortu, właściwie antybohater na modłę Kafki lub Borgesa, protagonista i antagonista w jednym, nacechowany dystansem wobec siebie i otaczającego go świata, determinowany przez potrzebę zracjonalizowania swojej pozycji w nim ergo przez potrzebę zniesienia owego dystansu, chęcią stania się jego częścią - i zupełnie sobie z tym nie radzącym. Przypomina troszeczkę Adasia Miauczyńskiego śniącego swój najprawdziwszy koszmar. Sprowadzając “Dudusia ” do ram psychologii, zapewne można by mówić o nim w kategoriach neurotyzmu, obsesji, psychozy maniakalno - depresyjnej itd. To zresztą bardzo ważny trop interpretacyjny zważywszy na to, że powieść wydaje się wykazywać spore zbieżności z psychoanalizą koncepcją człowieka - sama podróż dziwnym pociągiem o wiele mówiącej nazwie „Korsarz”, niezwykle ważna dla rozumienia treści powieści figura tunelu oraz wydarzenia, jakie się w nim (dwukrotnie! , na zasadzie lustrzanego odbicia) rozegrają, wreszcie opowieść o chłopcu-wilku będąca ‘zestawem do śmierci’ w pigułce.. - psychonalitycznych smaczków w powieści jest sporo, a ja tu zamilknę, by nie zdradzić zbyt wiele szczegółów. Tym niemniej teorii Froyda może być pewną pomocą do interpretacji, notabene podstawy do takiej tezy daje także duży oniryzm powieści. Sny “Dudusia”, stanowiące dość oczywisty komentarz do wydarzeń fabularnych, niwelują granicę pomiędzy jawą a snem, jeśli ta granica w ogóle kiedykolwiek istniała, w ogóle i jego czaszce. Piszę tak, ponieważ być może najlepszym obrazem explikującym charakter „Zestawu do śmierci” jako dzieła o zamkniętej, głęboko przemyślanej strukturze kompozycyjnej jest doskonale znana szekspirowska scena, w której Hamlet zadaje czaszce pytanie o jakże ontologicznym statusie, być może powieść Sontag można uznać za próbę nieco przewrotnej, osobliwej, a jednocześnie mrocznej reinterpretacji tej sceny? Czemu nie.

Z tym tylko zastrzeżeniem, że jest to odpowiedź do ameryków o Ameryce, o fabrykowaniu ich snów i marzeń, o bolączkach ich rodzącej się wówczas formuły państwa i życia. Tylko czy z perspektywy dzisiejszej możemy jeszcze mówić, że formuła zaproponowana przez Stany Zjednoczone jest formułą? Czy sny, jakie fabrykuje “Duduś”, są imaginacjami, które przynależą wyłącznie do tamtego kręgu kulturowego? Czy korporacja w której pracuje, miłość i śmierć, jakie proponuje mu świat i/lub jakie on proponuje światu, czy wreszcie problemy, jakie ma z wytyczeniem granic dla swej osobowości oraz próbą określenia podstaw swojej tożsamości są tylko i wyłącznie kwestią mieszczącą się w lokalnym kolorycie konkretnego “tu i teraz”? Wydaje mi się, że nie.

Charakterystyczne, że główny bohater jest nim tak bardzo serio, tak bardzo wchodzi w swoją rolę, że aż krzyczy o leki łagodzące te objawy w postaci ironii czy sarkazmu. Sontag wprowadza je, obdarzając “Dudusia” różnymi epitetami, co przydaje książce tonów tragifarsy i które kojarzą się natychmiast z gromowładnym Zeusem pióra legendarnego Greka, pisarza wszystkich pisarzy. Nie jest to jednak gra literacka w pełnym tego znaczeniu (jak u rasowych postmodernistów), lecz raczej bezpośrednia konsekwencja przyjętej przez autorkę formy wyrazu - „Zestaw do śmierci” jest powieścią, której kształt wynika bezpośrednio z dominanty kompozycyjnej, stanowiącej naczelną zasadę organizującą poszczególne elementy świata w niej przedstawionego; to jeden z największych walorów książki.

Warto zatrzymać się w tym miejscu na chwilę nad pojęciem „literatury eksperymentalnej”, do której powieść Sontag niewątpliwie się zalicza. Samo to określenie determinuje sposób odczytania i pole literackich asocjacji. „Ulisses” Joyca, dzieło nieprawdopodobne i genialne, operujące środkami wyrazu na niewyobrażalnym poziomie i negujące podstawowe kryteria opisu literatury, określił punkt odniesienia dla każdego utworu awangardowego, jaki powstał po 1921 roku i w ten sposób Joyce wpływa na kształt literatury długo po opublikowaniu swojego opus magnum, co miało miejsce rok później.

Być może najistotniejszą prominencją pozostawioną literaturze przez Joyca (oprócz niekontrolowanego rozwoju intertekstualności jako zasady tworzenia fikcji opartej o fikcję oraz wytrychu do jej opisu czyli pojęcia teoretyczno - estetycznego) stała się waloryzacja nowotworów językowych (czyli neologizmów) zarówno na płaszczyźnie słowa jako znaku jak i słowa jako desygnatu (znaczenia i pola znaczeń). Innymi słowy, rozwój lingwistycznych szkół poetyckich w dwudziestym wieku i ich znaczenie dla literatury, byłby nieporównanie inny (mniejszy?), gdyby nie Joyce.

Ciekawe, że Sontag niemal całkowicie rezygnuje z tych środków wyrazu, które rozgrywają się na poziomie słowa, a w większości przypadków nawet zdania. Skupia się ona raczej na przestrzeni całych akapitów np. wtedy gdy odznacza za pomocą wcięcia fragment stanowiący rozwinięcie myśli zawartej w poprzedzającym je zdaniu (co samo przez się kojarzy się trochę z koncepcją „rozwijających się pąków” Peipera). Najbardziej widocznymi ekstrawagancjami techniki pisarskiej, jako posługuje się Sontag są: regularne zamknięcie teraźniejszości w nawias (rozumieć bardzo dosłownie, jako [teraz]), a więc radykalne oddzielenie płaszczyzn czasowych oraz cechujące się podobną powtarzalnością przechodzenie z narracji pierwszoosobowej do trzecioosobowej. To ostatnie odbierałem przez długi czas jako podkreślenie rozgraniczenia na „ja” Dudusia i „świat” otaczający Dudusia, co wobec zakończenia powieści okazało się tropem, do którego chyba nazbyt się przywiązałem. Konkludując - ograniczone środki wyrazu, jakie stosuje Sontag, w połączeniu z kompozycją powieści (z jej zakończeniem i wobec wymowy posłowia, słusznie stawiającego kontrowersyjną amerykankę obok literackich kreacjonistów pokroju Borgesa czy wspomnianego już Kafki), okazują się niezwykle efektywne, co należy postrzegać tylko w kategorii in plus.

Niestety wydaje mi się, że „Zestaw do śmierci” ma także i swoje wady. Pierwszą z nich, który dla mnie zawsze jest rzeczą niezmiernie irytującą, jest wyrażanie pewnych wniosków płynących w trakcie czytania utworu wprost Przypomina to trochę debiutującego literata, który pragnie być zrozumiany za wszelką cenę, nawet poświęcając literaturę na rzecz płytkiego i jednowymiarowego wykładu z nurtujących go problemów. I nawet jeśli można to uznać zarazem za konieczność wynikającą z nawarstwienia symbolicznych znaczeń, to nie zmienia to faktu, że takie odsłanianie przed czytelnikiem warstw ukrytych w obawie przed nieprawidłową interpretacją, zawsze mnie denerwowało, „upupiało”. Druga wada jest również czynnikiem czysto subiektywnym. W którymś momencie, znużony dość jednostajną linią narracyjną, po której poruszała się Sontag, nie mogłem doczekać się tej chwili, w której powieść dotoczy się wreszcie do zakończenia. Ostatecznie wytrwałem, ale śmiem podejrzewać, że nie każdego czytelnika stać na tyle cierpliwości, tym bardziej, że sama istota eksperymentu literackiego ogranicza grono zainteresowanych jego finalnym efektem.

NY Times