Twórca jako wytwórca - Walter Benjamin

Lektura wyboru esejów Waltera Benjamina zatytułowanego (podobnie jak jeden z zamieszczonych w nim tekstów) Twórca jako wytwórca początkowo wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Spodziewałem się czegoś więcej po tym słynnym Benjaminie, myślałem bezpośrednio po przeczytaniu zbioru. Musiało upłynąć trochę czasu, żebym zrozumiał, iż czas jaki mu poświęciłem, nie był czasem straconym..

Jak wspomina Hubert Orłowski, autor wyboru, złożyły się nań publikacje powstałe w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, a więc wówczas, gdy Benjamin za sprawą Bertolda Brechta zafascynował się dialektyką marksistowską. Wpływ tej koncepcji intelektualnej uwidacznia się chyba najwyraźniej w początkowych tekstach zbioru, które w sposób bardzo szeroki zarysowują poglądy estetyczne wybitnego badacza, przede wszystkim odnośnie teorii kultury. Zwraca w nich szczególną uwagę bardzo duże znaczenie, jakie przywiązywał on do nowych wówczas, intensywnie rozwijających się form ekspresji artystycznej, zwłaszcza wizualnych. Benjamin niezwykle wnikliwie diagnozuje tkwiące w nich możliwości. I jakkolwiek przywiązanie do dialektycznego postrzegania rzeczywistości trochę mnie odtrącało, to mimo wszystko jego poglądy, szerokie horyzonty myślowe i umiejętność celnej, nierzadko proroczej interpretacji mechanizmów kultury zrobiły na mnie spore wrażenia. Myślę tu zwłaszcza o eseju tytułowym. Na długo w pamięci zapadną mi ponadto dwa eseje, w których Benjamin opisuje rozwój dziewiętnastowiecznego Paryża. Potoczysty styl wypowiedzi oraz mnóstwo zgromadzonych w nich ciekawych szczegółów czynią te eseje wzorcowymi dla tego typu rozważań o charakterze historiozoficznym - zważywszy, że stolicę Francji należałoby traktować jako soczewkę, w której skupiają się przemiany, jakie rozgrywały się w miastach całej Europy.

Z inną nieco uwagą podszedłem do drugiej partii tekstów zgromadzonych w zbiorze, tj. do fragmentów nieukończonych Pasaży paryskich, które znałem już i dobrze je pamiętałem, z lektury Ulicy jednokierunkowej. Z niekłamaną przyjemnością przypomniałem sobie krótkie, lapidarne fragmenty - kolejne wspaniałe przykłady Benjaminowskiej stylistyki - które później znajdą swe continuum w twórczości Quignarda i Rutkowskiego.

W końcowych tekstach zbioru esejów, Benjamin daje upust swym zainteresowaniom historyczno-literackim, poświęcając swą uwagę konkretnym artystom. Ich nazwiska nie wydają mi się przypadkowe. Każdego z nich można by bowiem obdarzyć mianem rewelatora, ponieważ twórczość każdego z nich wprowadziła nową jakość w dziedzinie literatury, doprowadzając w konsekwencji do przewartościowania jej późniejszego obrazu. A Baudelaire, Proust czy Kafka stając się w tych esejach ‘ludźmi z krwi i kości’, nie tracą zarazem nic z wielkości, do jakiej . Wydaje mi się, że takie właśnie, zawierające w sobie oczywisty paradoks, zdanie najlepiej oddaje ich osobliwy charakter. Wśród nich moim faworytem bezapelacyjnie jest esej Do wizerunku Prousta.

A tak na marginesie - słowu wstępnemu pióra Jerzego Kmity także należy poświęcić odrobinę uwagi. Więc żeby nie być gołosownym:

“Podkreślić warto na zakończenie, że zamieszczone w zbiorze niniejszym utwory służyć mogą za model światopoglądowego zaangażowania intelektualisty marksistowskiego, który w sporze z tradycyjną współczesną mu humanistyką burżuazyjną podjął ambitne zadanie zarysowania elementów nowej marksistowskiej teorii kultury; trzeba przy tym dodać, że znajdujemy w tych utworach szereg kapitalnych i trafnych spostrzeżeń charakteryzujących miałkość poznawczą oraz apologetyczne funkcje ówczesnych akademickich dyscyplin humanistycznych.”

Cudne jest to zdanie :-)

W. Benjamin, Twórca jako wytwórca, wybór H. Orłowski, przeł. H. Orłowski i J. Sikorski, Poznań 1975

Święto kozła - Mario Vargas Llosa

Mario Vargas Llosa - Święto kozła

Źródło: czytelnia.onet.pl

1. Byłem bardzo ciekawy, jak Vargas Llosa poradzi sobie z podjętym przez siebie w Święcie Kozła tematem. Jaką przyjmie formułę wypowiedzi i w jaki sposób będzie ją realizował? Jednocześnie długo czekałem z tą lekturą, ponieważ wysoko cenię sobie czas spędzony z twórczością jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy.

2. No właśnie, należałoby w tym miejscu zapewne zacząć od stwierdzenia, że opublikowana w Polsce w 2002 r. powieść V. L., opisuje dyktaturę Rafaela Trujillo oraz ówczesną Dominikanę w kontekście jego rządów, represji społecznych, wzbierającego oporu społecznego, którego finałem będzie zabójstwo Generalissimusa - tylko że wcale nie jestem pewien, czy faktycznie tak jest; czy takie ograniczanie jej tematyki jest w ogóle uprawnione. Niewątpliwie liczne fragmenty powieści odnoszą się do realiów tego z jednej strony osobliwego, z drugiej jakże stereotypowego dyktatora. Skąd więc moje wątpliwości ? Być może to moja nadinterpretacja, tym niemniej wydarzenia polityczno-społeczne przedstawione w książce postrzegam w perspektywie XX - wiecznej historii całego kontynentu, w której nie brak krwawych reżimów, równie krwawych rewolucji czy innych ruchów społecznych będących walką o charakterze wewnętrznej walki narodowowyzwoleńczej.. Innymi słowy, w takim rozumieniu byłaby to powieść o Trujillo jako reprezentancie pewnej tendencji i w takim kontekście, należałoby rozpatrywać jego osobę w szerszej perspektywie niż lokalny koloryt i wydarzenia będące przeszłością jedynie Dominikany. Myślę w taki sposób, ponieważ V.L. i inni pisarze odpowiedzialni za boom na literaturę iberoamerykańską mieli bardzo silną świadomość wspólnoty przeżyć i nie raz solidarnie wykazywali się odpowiedzialnością społeczną wobec jednostki i narodu. Przykładam ponadto dużą wagę do konstrukcji klamrowej powieści, którą wyznaczają rozdziały skupiające się wokół Uranii Cabral..

3. Córka senatora Cabrala, jednego z najważniejszych dworzaninów “pana i władcy” Trujillo, wydaje mi się najbardziej nasycona powieściowymi sensami. Rozpięta pomiędzy teraźniejszością emigrantki, a przeszłością skrzywdzonej córki prominenta, który pewnego dnia popada w niełaskę, chyba najsilniej przenosi intencje przyświecające autorowi. Przez jej egzystencję w powieściowym świecie oraz przez sposób, w jaki jej istnienie się realizuje, skłaniam się ku myśleniu, że V.L. nie tyle kreśli literacką biografię satrapy, co raczej zastanawia się nad dzisiejszymi konsekwencjami ówczesnej przeszłości oraz nad powodami dla których właśnie taka, a nie inna przeszłość w ogóle miała swą przestrzeń i czas.

4. W osobie Trujillo (porównanego przez V. L . do Petroniusza z Quo Vadis) najbardziej zafrapowały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze towarzysząca mu otoczka, rodzaj fenomenu, który wzmagał bezwolność w społeczeństwie. To, prócz dobrze dobranych współpracowników oraz absolutnej bezwzględności w zwalczaniu opozycji, pomagało mu utrzymywać się tak długo przy władzy. Pisarz bardzo pieczołowicie obrazuje tę cechę jego osobowości w licznych konfrontacjach dyktatora z postaciami drugiego planu, gdy te przerażone i onieśmielone silną osobowością “Kozła”, nie są zdolne do jakiegokolwiek sprzeciwu. Przypominają mi się tutaj od razu inne powieści, które kapitalnie definiowały mechanizmy absolutnej władzy jednostki nad społeczną masą - Piąta zima magnetyzera Pera Olofa Enquista czy Kusiciel Brocha.

Druga to zwierzęce nieomal człowieczeństwo osoby, która za życia nadała sobie status pomnika, wyrażone przez nieopanowany popęd seksualny i katusze, jakie przeżywa w związku z coraz gorzej funkcjonującą prostatą (co rozgrywa się nie tylko w perspektywie utraty władczej męskości, ale także na płaszczyźnie estetycznej). Tak obszernie opisana przez pisarza seksualność dyktatora sprawiła, że zacząłem zastanawiać się nad tożsamością południowoamerykańskich społeczeństw w jej mitologicznym aspekcie. Czy krwawe obrzędy, nierzadko obwitujące w orgie seksualne mogły spowodować swoistego rodzaju oswojenie, dziwne przyzwolenie na taki właśnie typ rządów? Czy nie jest trochę tak, że Ameryka Płd. w jakiś sposób kreuje despotyzm /na podobnej zasadzie jak kształtuje się władza w Rosji, której historia nierozrwalnie splata się z twardą, carską ręką/? Na pewno istnieje dużo więcej czynników, chociażby o charakterze gospodarczym i taka teza jest zapewne zbyt dużym uproszczeniem, nie mogę oprzeć się jednak pokusie, by w takim właśnie stwierdzeniu dopatrywać się czegoś istotnego.. zwłaszcza, jeśli wspomnieć mentalność południowców, jakże nacechowaną stereotypem silnego, władczego mężczyzny eksplodującego ’siłami witalnymi’. Ech, stary, dobry maskulinizm..

5. W trzecim wątku (częsta w powieściach V.L. wielowątkowa konstrukcja fabuły) ekskandydat na prezydenta Peru (na szczęście, ponieważ może wciąż pisac :) ) ukazuje rewolucjonistów i buntowników, którzy czekając upragnionej szansy na zgładzenie “Kozła”, obnażają kierujące nimi pobudki. Są one dość stereotypowe i przedstawione jak na V. L. nieco po łebkach. Być może jest tak dlatego, że pisarz skupił się w tej partii powieści na nadaniu akcji dynamiki godnej powieści sensacyjnej albo kryminalnej, co skądinąd współgra przecież z funkcją, jaką obciążył ówczesnych samobójców, którzy, o ironio!, wkrótce będą bohaterami. Jeśli V. L. chciał przyspieszyć tu akcję, to udało mu się to znakomicie. Duża w tym zasługa, krótkich, wymownych dialogów, nierzadko godnych samego Hemingwaya. Tym niemniej ta część Święta kozła rozczarowała mnie chyba najbardziej. Brakowało mi “totalności” - to specyficzne określenie, ale innego nie znalazłem. Cóż, ci, którzy przeczytali Rozmowę.. lub Wojnę końca świata z pewnością będą wiedzieć o co mi chodzi..

6. Po raz kolejny sprawdza się recepta na powieść znana z wcześniejszych utworów Peruwiańczyka. Znajdziemy tu więc: wielowątkową fabułę składającą się na zobiektywizowaną rzeczywistość dzięki ukazaniu jej z kilku perspektyw, synkretyzm gatunkowy (powieść obyczajowa, polityczna, społeczna, sensacyjna), malarską nieomal dbałość o szczegóły koegzystujący z uwspółcześnionym przez V.L., wciąż efektywnym realizmem. Formuła wypowiedzi, który artysta wypracował stosunkowo wcześnie, dziś wciąż się sprawdza, kolejny raz zadziwiając mnie bogactwem tkwiących w niej możliwości.

7. Jaka to książka? Jak zwykle u V. L. - świetna. Scena gwałtu oraz tortur, jakich dopuszcza się pierworodny Trujillo w zemście na jego zabójcach, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Są wiarygodne, porażające i perfekcyjnie napisane, jedne z najlepszych, jakie. Mimo to, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czytałem już jego lepsze dzieła (a to dlatego, że bardziej cenię “powieści totalne” niedoszłego noblisty, a ta, mimo wszystko, taką mi się nie wydaje). Co nie zmienia faktu, że zdecydowanie warto poświęcić czas na lekturę Święta kozła, ponieważ przyjemność z niej płynąca jest gwarantowana. Jak zwykle u V. L. :-)

Fragmenty - tu, Recenzje - tu i tu

Zestaw do śmierci - Susan Sontag

 

Susan Sonntag - Death kit

Źródło: www.powells.com

W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku w literaturze amerykańskiej powstało sporo utworów o charakterze nowatorskim i awangardowym. Przejawiały one tak wiele wspólnych cech, wyrażających się przede wszystkim w dekonstrukcyjnym stosunku do tradycyjnie rozumianej powieści. Postrzegany z tej perspektywy „Zestaw do śmierci”, eksperymentalna powieść Suzan Sontag, znanej wcześnie z ciekawych i oryginalnych artykułów, wpisuje się dość dobrze w ten kontekst historyczno - literacki.

O wysokim potencjale literackich możliwości autorki możemy się przekonać już na początku powieści. Wystarczają jej dwie - trzy strony, by głównego bohatera książki obciążyć bagażem everymana (kolejny w literaturze amerykańskiej bohater w wieku Chrystusowym, por. “Światłość w sierpniu” Faulknera) z wszelkimi konsekwencjami tego stanu rzeczy, a Sontag robi to w taki sposób, jakby była tak łatwe do osiągnięcia przez pisarza, jak splunięcie. Podejrzewam, że większość ludzi, którzy kiedykolwiek próbowali zmierzyć się z pisaniem literatury na poziomie wykraczającym poza grafomańskie wygibasy stanowiące ujście odautorskiej emocjonalności, czytając pierwsze strony „Zestawu do śmierci” szybko nabierze estymy wobec Sontag. Łatwość i lekkość z jaką przychodzi jej kreacja świata przedstawionego oraz jej kontrola nad materią powieści pozytywnie zaskakują, znamionując pisarkę wysokiej próby. Wrażenie to towarzyszy lekturze, aż do czarnej, PIWowskiej obwoluty oznaczającej jej koniec.

Główną tematykę powieści można opisać w przestrzeni określanej przez Erosa i Thanatosa (korzystając z najczęściej przywoływanej formuły do analizy spuścizny literackiej Jarosława Iwaszkiewicza), co jest motywem stosunkowo częstym. Antynomia wzajemnie się określających pojęć - miłości i śmierci, erotyzmu i osobności, żywotności i obumierania - wykreślona na przeciwstawnych sobie kręgach znaczeniowych staje się podstawową osią konstrukcyjną powieści, przebiegając przez Daltona “Dudusia” Harrona, jej głównego bohatera, warunkując jego istnienie, pełne podejrzeń i wątpliwości. Jest to bohater literacki specyficznego sortu, właściwie antybohater na modłę Kafki lub Borgesa, protagonista i antagonista w jednym, nacechowany dystansem wobec siebie i otaczającego go świata, determinowany przez potrzebę zracjonalizowania swojej pozycji w nim ergo przez potrzebę zniesienia owego dystansu, chęcią stania się jego częścią - i zupełnie sobie z tym nie radzącym. Przypomina troszeczkę Adasia Miauczyńskiego śniącego swój najprawdziwszy koszmar. Sprowadzając “Dudusia ” do ram psychologii, zapewne można by mówić o nim w kategoriach neurotyzmu, obsesji, psychozy maniakalno - depresyjnej itd. To zresztą bardzo ważny trop interpretacyjny zważywszy na to, że powieść wydaje się wykazywać spore zbieżności z psychoanalizą koncepcją człowieka - sama podróż dziwnym pociągiem o wiele mówiącej nazwie „Korsarz”, niezwykle ważna dla rozumienia treści powieści figura tunelu oraz wydarzenia, jakie się w nim (dwukrotnie! , na zasadzie lustrzanego odbicia) rozegrają, wreszcie opowieść o chłopcu-wilku będąca ‘zestawem do śmierci’ w pigułce.. - psychonalitycznych smaczków w powieści jest sporo, a ja tu zamilknę, by nie zdradzić zbyt wiele szczegółów. Tym niemniej teorii Froyda może być pewną pomocą do interpretacji, notabene podstawy do takiej tezy daje także duży oniryzm powieści. Sny “Dudusia”, stanowiące dość oczywisty komentarz do wydarzeń fabularnych, niwelują granicę pomiędzy jawą a snem, jeśli ta granica w ogóle kiedykolwiek istniała, w ogóle i jego czaszce. Piszę tak, ponieważ być może najlepszym obrazem explikującym charakter „Zestawu do śmierci” jako dzieła o zamkniętej, głęboko przemyślanej strukturze kompozycyjnej jest doskonale znana szekspirowska scena, w której Hamlet zadaje czaszce pytanie o jakże ontologicznym statusie, być może powieść Sontag można uznać za próbę nieco przewrotnej, osobliwej, a jednocześnie mrocznej reinterpretacji tej sceny? Czemu nie.

Z tym tylko zastrzeżeniem, że jest to odpowiedź do ameryków o Ameryce, o fabrykowaniu ich snów i marzeń, o bolączkach ich rodzącej się wówczas formuły państwa i życia. Tylko czy z perspektywy dzisiejszej możemy jeszcze mówić, że formuła zaproponowana przez Stany Zjednoczone jest formułą? Czy sny, jakie fabrykuje “Duduś”, są imaginacjami, które przynależą wyłącznie do tamtego kręgu kulturowego? Czy korporacja w której pracuje, miłość i śmierć, jakie proponuje mu świat i/lub jakie on proponuje światu, czy wreszcie problemy, jakie ma z wytyczeniem granic dla swej osobowości oraz próbą określenia podstaw swojej tożsamości są tylko i wyłącznie kwestią mieszczącą się w lokalnym kolorycie konkretnego “tu i teraz”? Wydaje mi się, że nie.

Charakterystyczne, że główny bohater jest nim tak bardzo serio, tak bardzo wchodzi w swoją rolę, że aż krzyczy o leki łagodzące te objawy w postaci ironii czy sarkazmu. Sontag wprowadza je, obdarzając “Dudusia” różnymi epitetami, co przydaje książce tonów tragifarsy i które kojarzą się natychmiast z gromowładnym Zeusem pióra legendarnego Greka, pisarza wszystkich pisarzy. Nie jest to jednak gra literacka w pełnym tego znaczeniu (jak u rasowych postmodernistów), lecz raczej bezpośrednia konsekwencja przyjętej przez autorkę formy wyrazu - „Zestaw do śmierci” jest powieścią, której kształt wynika bezpośrednio z dominanty kompozycyjnej, stanowiącej naczelną zasadę organizującą poszczególne elementy świata w niej przedstawionego; to jeden z największych walorów książki.

Warto zatrzymać się w tym miejscu na chwilę nad pojęciem „literatury eksperymentalnej”, do której powieść Sontag niewątpliwie się zalicza. Samo to określenie determinuje sposób odczytania i pole literackich asocjacji. „Ulisses” Joyca, dzieło nieprawdopodobne i genialne, operujące środkami wyrazu na niewyobrażalnym poziomie i negujące podstawowe kryteria opisu literatury, określił punkt odniesienia dla każdego utworu awangardowego, jaki powstał po 1921 roku i w ten sposób Joyce wpływa na kształt literatury długo po opublikowaniu swojego opus magnum, co miało miejsce rok później.

Być może najistotniejszą prominencją pozostawioną literaturze przez Joyca (oprócz niekontrolowanego rozwoju intertekstualności jako zasady tworzenia fikcji opartej o fikcję oraz wytrychu do jej opisu czyli pojęcia teoretyczno - estetycznego) stała się waloryzacja nowotworów językowych (czyli neologizmów) zarówno na płaszczyźnie słowa jako znaku jak i słowa jako desygnatu (znaczenia i pola znaczeń). Innymi słowy, rozwój lingwistycznych szkół poetyckich w dwudziestym wieku i ich znaczenie dla literatury, byłby nieporównanie inny (mniejszy?), gdyby nie Joyce.

Ciekawe, że Sontag niemal całkowicie rezygnuje z tych środków wyrazu, które rozgrywają się na poziomie słowa, a w większości przypadków nawet zdania. Skupia się ona raczej na przestrzeni całych akapitów np. wtedy gdy odznacza za pomocą wcięcia fragment stanowiący rozwinięcie myśli zawartej w poprzedzającym je zdaniu (co samo przez się kojarzy się trochę z koncepcją „rozwijających się pąków” Peipera). Najbardziej widocznymi ekstrawagancjami techniki pisarskiej, jako posługuje się Sontag są: regularne zamknięcie teraźniejszości w nawias (rozumieć bardzo dosłownie, jako [teraz]), a więc radykalne oddzielenie płaszczyzn czasowych oraz cechujące się podobną powtarzalnością przechodzenie z narracji pierwszoosobowej do trzecioosobowej. To ostatnie odbierałem przez długi czas jako podkreślenie rozgraniczenia na „ja” Dudusia i „świat” otaczający Dudusia, co wobec zakończenia powieści okazało się tropem, do którego chyba nazbyt się przywiązałem. Konkludując - ograniczone środki wyrazu, jakie stosuje Sontag, w połączeniu z kompozycją powieści (z jej zakończeniem i wobec wymowy posłowia, słusznie stawiającego kontrowersyjną amerykankę obok literackich kreacjonistów pokroju Borgesa czy wspomnianego już Kafki), okazują się niezwykle efektywne, co należy postrzegać tylko w kategorii in plus.

Niestety wydaje mi się, że „Zestaw do śmierci” ma także i swoje wady. Pierwszą z nich, który dla mnie zawsze jest rzeczą niezmiernie irytującą, jest wyrażanie pewnych wniosków płynących w trakcie czytania utworu wprost Przypomina to trochę debiutującego literata, który pragnie być zrozumiany za wszelką cenę, nawet poświęcając literaturę na rzecz płytkiego i jednowymiarowego wykładu z nurtujących go problemów. I nawet jeśli można to uznać zarazem za konieczność wynikającą z nawarstwienia symbolicznych znaczeń, to nie zmienia to faktu, że takie odsłanianie przed czytelnikiem warstw ukrytych w obawie przed nieprawidłową interpretacją, zawsze mnie denerwowało, „upupiało”. Druga wada jest również czynnikiem czysto subiektywnym. W którymś momencie, znużony dość jednostajną linią narracyjną, po której poruszała się Sontag, nie mogłem doczekać się tej chwili, w której powieść dotoczy się wreszcie do zakończenia. Ostatecznie wytrwałem, ale śmiem podejrzewać, że nie każdego czytelnika stać na tyle cierpliwości, tym bardziej, że sama istota eksperymentu literackiego ogranicza grono zainteresowanych jego finalnym efektem.

NY Times

Knigi nad knigami

Lista ważniejszych dla mnie książek, książek, które w różnych okresach mojego życia wywarły na mnie wrażenie. Nierówna, ale mniejsza z tym.

A

Andrzejewski - Ład serca, Popiół i diament, Ciemności kryją ziemię, Bramy raju

Apulejusz - Metamorfozy albo Złoty osioł

B

Barth - Koniec drogi

Berent - Próchno

Bernhard - Kalkwerk, Rodzeństwo

Borges - Fikcje

Broch - Kusiciel, Niewinni

C

Calvino - Wicehrabia przepołowiony, Rycerz nieistniejący, Baron drzewołaz, Jeśli zimową nocą podróżny

Choromański - Zazdrość i medycyna

D

Donoso - Plugawy ptak nocy

Dos Passos - Manhattan Transfer, Trzej żołnierze

E

Enquist - Dramaty

Elizondo - Farabeuf czyli kronika jednej chwili

F

Faulkner - Wściekłość i wrzask, Absalomie, Absalomie.., Światłość w sierpniu

Fuentes - Śmierć Artemia Cruz, Terra Nostra

Frisch - Homo Faber

G

Gide - Fałszerze

Ginsberg - Skowyt i inne wiersze (poezja)

Gombrowicz - Ślub

Gretkowska - Polka

H

Heningway - Komu bije dzwon, Pożegnanie z bronią

I

Irzykowski - Pałuba (na wyrost, ale co tam)

Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów

J

Jelinek - Pianistka

Joyce - Ulisses

K

Kiš - Grobowiec dla Borysa Dawidowicza

Koestler - Ciemność w południe

Kosiński - Wystarczy być

Krynicki - Magnetyczny punkt (poezja)

Kundera - Nieznośna lekkość bytu, Księga śmiechu i zapomnienia, Śmieszne miłości

L

Lem - Dzienniki Gwiazdowe

M

Miłosz - Świat. Poema naiwne (poezja)

Moravia - Pogarda

Murakami - Norwegian Wood

Musil - Człowiek bez właściwości

Myśliwski - Widnokrąg

O

O’hara - Twoja pojedynczość (poezja)

P

Perec - Człowiek, który śpi,

Pessoa - Księga niepokoju,

Pielewin - Generacja P

Q

Quignard - Błędne cienie

R

Rulfo - Pedro Paramo

S

Sabato - Tunel, O bohaterach i grobach

Saramago - Miasto ślepców

Schulz - Sanatorium pod klepsydrą, Sklepy Cynamonowe

Sebald - Austerlitz

Sofokles - Król Edyp

Szałamow - Wiszera

Szaniawski - Dramaty

T

Tischner - Filozofia dramatu

Tokarczuk - Dom dzienny, dom nocny

U

Unamuno - Mgła

V

Vargas Llosa - Rozmowa w katedrze, Wojna końca świata

Vázquez-Fígueroa - Jak wściekły pies

Verissimo - Incydent w „Antares”

Vian - Czerwona trawa

Vidal - Nie oglądaj się w stronę Sodomy, Stworzenie świata, Waszyngton

Vonnegut - Kocia kołyska

W

Wojaczek - Sezon (poezja)

Woroszylski - Twój codzienny morderca (poezja)

Z

Zola - Germinal

 


Przystając z chęcią na propozycję Verdiany, zapraszam Was do umieszczania własnych zestawień w komentarzach do niniejszego wpisu. W przyszłości powstanie osobna podstrona dla naszych wspólnych kanonów. Mam nadzieję, że przyłączycie się do zabawy.. Im więcej takich zestawień, im większa różnorodność pomiędzy nimi, tym lepiej..

Bóg urojony - Richard Dawkins

Dawkins - Bóg urojony

Źródło: http://www.gandalf.com.pl

W tej chwili jestem pod koniec lektury, niemniej o tej pozycji mam już wyrobione zdanie.

Dawkins zrobił na mnie duże wrażenie przede wszystkim ze względu na to, że buduje kompleksowy system, co przecież we współczesnej myśli intelektualnej nie jest proste i częste. Poruszając się w różnych dziedzinach nauki i budując kolejne dygresje, które w zamierzeniu autora stanowić mają potwierdzenie tego tez, robi to w sposób konsekwentny, czym tym bardziej przekonuje mnie do swojej koncepcji. Inna sprawa, że - ponieważ na użytek własny deklarowałem się wobec wiary jako niezdecydowany agnostyk - nie byłem przypadkiem jakiegoś szczególnie opornego czytelnika, choć z drugiej strony “Bóg urojony” początkowo odtrącał mnie od siebie stylem Dawkinsa, jego niskiego lotu (aż chciałoby się napisać “zamerykanizowanymi”) żartami i całym kompleksem zabiegów technicznych mających na celu zachęcenie czytelników zdeklarowanych religijnie i wyznawców kreacjonizmu do zapoznania się z wynurzeniami popularnego profesora. Podobnie początkowo miałem duże trudności z przyswojeniem sposobu w jaki kształtuje się w książce osoba jej polskiego tłumacza, który wykazując się dużą kompetencją, nie ukrywa jednocześnie swego ewidentnie afirmatywnego stosunku do Dawkinsa (chodzi mi tu o przypisy autorstwa tłumacza, których w książce jest wiele). Z biegiem lektury uświadomiłem sobie jednak, że ja po prostu nie jestem przyzwyczajony do takiego stylu translacji i że odpowiada mi on daleko bardziej niż ten ustandaryzowany, z którym dotychczas miałem do czynienia. Wiąże się to z mym silnym przekonaniem, że obiektywność jako wartość po prostu nie istnieje. W konsekwencji tego, dużo bardziej przekonują mnie tłumacze czy np. dziennikarze, którzy miast stwarzać iluzje obiektywizmu, nie ukrywają swych przekonań, dzięki czemu ‘mówią własnym głosem’. Jedyny mój zarzut wobec wywodu Dawkinsa jest związany z tym, że momentami odnosiłem wrażenie, iż autor pewne tematy, które wręcz domagały się rozwinięcia, potraktował jako cytaty, inne natomiast ciągną się zbyt długo. Było to więc moje subiektywne wrażenie, wrażenie totalnego ignoranta w domenie genetyki, dotyczące wzajemnej równowagi pomiędzy poruszanymi przez Dawkinsa tematami.

Oczywiście (oczywiście-> jak to ja) nie zamierzam wgłębiać się tu szczegółowo w kwestie rozważań natury religijnej, ponieważ nie mam tego w zwyczaju. Nie uważam, żeby tego typu dyskusje, drażliwe i zaciekłe, były w ogóle potrzebne, zwłaszcza w naszym społeczeństwie i ilekroć słucham tego typu dyskusji, utwierdzam się w mym przekonaniu, że nie ma to najmniejszego sensu. Wspomnę jedynie, że najciekawsze były dla mnie rozważania Dawkinsa dotyczące genetyki (ignorancja) i aksjologii z Biblią i bez Biblii (zainteresowania) oraz że w tej chwili bliżej mi do ateisty niż do agnostyka (a zatem w moim przypadku Dawkins osiągnął swój cel).