Nazywam milczeniem - Tadeusz Różewicz

Nienazwane mogę nazwać słowem.
mogę nazwać ojczyzną
miłością złotem różą
mogę wołać albo milczeć
mogę wymieniać kolory
morza wyspy ptaki owoce.
Wymieniam imię ukochanej
ojczyznę nazywam po imieniu
jedno słowo dwa razy powtarzam
nienazwane nazywam milczeniem.

*

Próbował poradzić sobie ze skomplikowaną czynnością założenia podwiązek na pończochy, żeby się nie marszczyły. Jak to przyjemnie, że może się złościć, a nie ma w tym ryzyka dla państwa, że można dać należną odprawę rozmaitym szczurom, ropuchom hienom i żmijom. Brzuchy rekinów były świadkami tego, że nie odmawiał sobie podobnych przyjemności. Czy gdzieś w Meksyku nie spoczywają zwłoki perfidnego gallego José Almoiny? No i Baska, Jesusa de Galindeza, kolejnego drania, który kąsał karmiącą go rękę? A zwłoki Ramona Marrera Aristy, który myśląc, że będąc zwykłym pisarzem, może przekazywać informacje do “The new York Timesa” przeciwko rządowi Dominikany płacącemu rachunki za jego pijatyki, wydawnictwa i kurwy? A trupy trzech siostrzyczek Mirabal, które bawiły się w komunistki i udawały bohaterki, czy również nie pozostały gdzieś daleko, by dać świadectwo, że kiedy dyktator wybuchnie gniewem, nic go nie powstrzyma? Nawet Valeriano i Barajita, dwoje szaleńców z El Conde, mogli o tym zaświadczyć.

Zatrzymał but w powietrzu, wspominając tę słynną parę. To prawdziwa instytucja w kolonialnej części miasta. Spędzali noce pod drzewami laurowymi w parku Colón, w podcieniach katedry, a w porze największego ruchu pojawiali się u wejścia do eleganckich magazynów z obuwiem albo sklepów jubilerskich dzielnicy El Conde i udawali wariatów po to, żeby ludzie rzucali im pieniądze albo coś do zjedzenia. Często widywał Valeriana i Barajitę odzianych w łachmany i jakieś absurdalne ozdoby. Kiedy Valeriano wcielał sięw Chrystusa, ciągnął za sobą krzyż, kiedy udawał Napoleona, wywijał kijem od szczotki, wykrzykiwał rozkazy i atakował nieprzyjaciela. Jeden ze szpicli Johnny’ego Abbesa doniósł, że wariat Valeriano zaczął naigrywać się z Szefa i nazywać go Mądralą. Zainteresował się tą sprawą. Pojechał sprawdzić, ukryty w samochodzie o przyciemnionych szybach. Starzec z piersią obwieszoną lusterkami i kapslami od butelek po piwie obnosił się z dumą, wypinając pierś z medalami, a wyglądał jak pajac popisujący się przed gronem wystraszonych ludzi, którzy nie wiedzieli, czy się śmiać, czy uciekać. “Oklaskujcie Chapię, tchórze”, wołała Barajita, wskazując na lśniącą od medali pierś wariata. Poczuł wtedy gorący dreszcz przebiegający mu po ciele, gniew oślepił go i kazał ukarać bezczelnego śmiałka. Natychmiast wydał rozkaz. Ale następnego ranka przyszło mu na myśl, że mimo wszystko wariaci nie wiedzą, co czynią, i zamiast ukarać Valeriana, trzeba wyciągnąć dłoń do tej pary żartownisiów, którzy działali za czyjąś namową, no i ciemnym świtem, takim jak dzisiejszy, rozkazał Johnny’emu Abbesowi: “Wariaci są tylko wariatami. Wypuść ich”. Szefowi Wojskowych Służb Wywiadowczych twarz spochmurniała. “Za późno Ekscelencjo. Od razu wczoraj rzuciliśmy ich rekinom na pożarcie. Żywych, jak pan kazał”.

Włożywszy buty, podniósł się z miejsca. Mąż stanu nie może żałować swoich decyzji. On nigdy niczego nie żałował. Tych dwóch biskupów także rzuciłby żywcem na pastwę rekinów. Rozpoczął kolejny etap porannej toalety, podejmowany każdego ranka z prawdziwą rozkoszą, i wspominał powieść, którą czytał w młodości, jedyną, jaka utkwiła mu w pamięci - Quo Vadis, historię Rzymian i chrześcijan, z której nigdy nie zapomniał postaci wyrafinowanego i bardzo bogatego Petroniusza, arbitra elegancji budzonego co rano do życia za pomocą masaży, ablucji, maści, eterycznych olejków, perfum i pieszczot swoich niewolnic. Gdyby miał więcej czasu, robiłby to samo co on: cały ranek spędzałby w rękach masażystek, pedikiurzystek, manikiurzystek, fryzjerów, kąpielowych, poddając się najpierw ćwiczeniom na pobudzenie mięśni i uaktywnienie serca. Tymczasem robiono mu tylko krótki masaż w południe, po obiedzie i nieco dłuższy i spokojniejszy w każą niedzielę, kiedy mógł oderwać się na dwie lub trzy godziny od absorbujących go obowiązków. Ale obecne czasy nie były odpowiednie do relaksowania zmysłów na wzór wielkiego Petroniusza. [..]

Mario Vargas Llosa, Święto kozła, przeł. Danuta Rycerz, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2003, s. 29-31

[...] - Nie jestem świętoszkiem ani fanatykiem, Antonio. Tylko praktykuję swoją wiarę, nic więcej. A od czasu, jak biskupi ogłosili List Pasterski 31 stycznia zeszłego roku, mam powód do dumy, że jestem katolikiem.
- A więc katolik nie może rozmawiać o kurwach, ale wolno mu zabijać, Turco? - prowokował dalej Imbert. Często tak rozmawiali: on i Salvador Estrella Sadhalá byli najserdeczniejszymi przyjaciółmi w całej grupie. Zawsze robili sobie kawały, często tak ryzykowne, że ci, którzy na to patrzyli, myśleli, że skoczą do siebie z pięściami. Jednak nigdy się nie kłócili, ich braterskie więzy były nierozerwalne. Ale tamtej nocy Turco nie przejawiał ani odrobiny poczucia humoru.
- Zabić kogoś, nie. Ale zlikwidować tyrana, tak. Znasz słowo tyranobójstwo? W nadzwyczajnych przypadkach Kościół na nie zezwala. Pisał o tym święty Tomasz z Akwinu. Chcesz wiedzieć, skąd to wiem? Kiedy zacząłem pomagać ludziom z ruchu 14 Czerwca i zrozumiałem, że czasami będę musiał pociągnąć za spust, poszedłem porozmawiać z naszym duchowym opiekunem, ojcem Fortinem. To kanadyjski ksiądz z Santiago. Załatwił mi audiencję u monsignore Lina Zaniniego, nuncjusza Jego Świątobliwości. Czy byłyby to grzech dla wierzącego, gdybym zabił Trujillo, monseñor? Przymknął oczy, zamyślił się. Mogę ci powtórzyć jego słowa, nawet z włoskim akcentem. Pokazał mi cytat ze świętego Tomasza, z jego Sumy teologicznej. Gdybym tego nie przeczytał, nie byłoby mnie z wami dzisiejszej nocy.

Antonio de la Maza odwrócił głowę, aby mu się przyjrzeć.
- Czy konsultowałeś to z twoim duchowym opiekunem?
Drżał mu głos. Porucznik Amado García Guerrero zląkł się, że Antonio za chwilę wybuchnie złością, do czego miał skłonności, odkąd Trujillo kazał przed laty zamordować jego brata Octavia. W jednym z napadów wściekłości o mało nie zerwał więzów przyjaźni, jaka łączyła go z Salvadorem Estrella Sadhalá. Ten uspokoił go:
- To było dawno temu, Antonio. Kiedy zacząłem pomagać ludziom z ruchu 14 Czerwca. Czy myślisz, że jestem aż tak niepoważnym gówniarzem, że powierzyłbym biednemu księdzu sprawę tej wagi?
- Wytłumacz, dlaczego możesz używać słowa gówniarz, a nie skurwiel, kutas, albo strzelać, Turco - zażartował Imbert, jeszcze raz próbując rozładować napięcie. - Czy te sprośne słowa nie obrażają Pana Boga?
- Boga nie obrażają słowa, tylko nieprzyzwoite myśli. - Turco zdecydował się ciągnąć dalej ten wątek. - Gówniarze, które zadają gówniane pytania, może go nie obrażają. Ale okropnie go nudzą.
- Byłeś dziś rano u komunii, żeby uczestniczyć w tym wielkim wydarzeniu z duszą w stanie łask?- prowokował go dalej Imbert.
- Od dziesięciu lat codziennie przystępuję do komunii - oświadczył Salvador. - Nie wiem, czy mam taką duszę, jaką powinien mieć chrześcijanin. Jeden Bóg to wie.

jw., s. 35-36

*

Taki mężczyzna, co to dobrze traktuje kobiety, nie gubi kart kredytowych ani nie tłucze talerzy podczas zmywania, pracuje sumiennie, chętnie pożycza znajomym pieniądze, codziennie o północy wyprowadza psa, niepomny na własne zmęczenie. Taki człowiek, którego nie sposób nie lubić i którego omijają kataklizmy.

Duduś, choć nie w pełni żywy, był przecież obdarzony życiem. A to nie to samo. Niektórzy ludzie po prostu są swoim życiem. Inni, jak Duduś, tylko je zamieszkują. Tak jak żyjący w niepewności lokatorzy, którzy praktycznie nie znają swoich praw własności, ani nie wiedzą, kiedy wygaśnie dzierżawa. Tak jak niewprawni kartografowie, którzy kreślą wciąż od nowa zwodnicze mapy egzotycznego kontynentu.

Takim ludziom wszystko musi się w końcu zawalić. Ściany się wybrzuszają. Puste przestrzenie między poszczególnymi przedmiotami pęcznieją. Powierzchnia przedmiotów ocieka wilgocią, wyciera się, paczy. Ze szwów sączą się histeryczne moce lęków zmagazynowane w jądrze przedmiotów. Trzeba nie lada wysiłku, żeby uszeregować rzeczy i poruszać się w przestrzeni. Zbyt wiele trudu kosztuje przejście z kuchni do salonu, podanie napojów, włączenie aparatury nagłaśniającej, udawanie pogodnego nastroju. Ale zwiększenie wysiłków nie rozwiąże bynajmniej wysiłków Dudusia. Pomnażanie wysiłków nie zaradzi jego zmyślnemu poczuciu niemocy, wynikłemu z urojonego wymazywania teraźniejszości, w chwili gdy staje się ona przeszłością. Oprócz zdwojenia wysiłków dudusiowi trzeba wiary. Której (teraz) mu brak. Wszystko staje się nieprzewidywalne. Należy stawiać się pięć razy na tydzień, punktualnie o dziesiątej z rana w biurze firmy Watkins i Spółka przy Lexington Avenue, wbrew codziennym podejrzeniom Dudusia, że nigdy przedtem tego nie robił. A jednak stawia się tam codziennie rano. Zakrawa to na cud. Pozbawiony jednak wiary Duduś nie wyciąga stąd wniosku, ze występowanie cudów gwarantuje istnienie świata, w którym takie cuda się zdarzają. Wyciąga natomiast wniosek, że wykonywanie tego, co się zamierzyło, nie należy bynajmniej do cudów. Przypomina raczej gwałtowne rozdarcie biernej, kruchej, lepkiej materii rzeczy. Czy wręcz idiotyczny wypadek - na przykład kiedy ktoś bezmyślnie wywija nożyczkami i paskudnie niszczy materiał bądź niechcący wypala w nim papierosem dziury.

Wszystko się wali: grzebiąc w całości jakże zadbane życie Dudusia. Niczym dom obsługiwany przez jeden wielki generator w suterenie. Duduś odczuwa niemal namacalnie spadek energii generatora. Albo koszmarne uszkodzenie tegoż generatora, który właśnie oszalał. Wypuszcza więc strumień odpadków, które zalewają życie Dudusia, zanieczyszczają mu podłogę, pochłaniają jego ulubione meble zmuszając go do ucieczki. Duduś kuli się zatem w ciasnym kącie. Ale nawet gdyby pragnął zachować tylko skrawek wolnej przestrzeni, i tak nie zapewni sobie bezpieczeństwa. Jeśli nie dosięgnie go tam ciało stałe, to agresywny ładunek z popsutego czy też zbuntowanego generatora skropli się, a wtedy dotrze już wszędzie, rozciągnie się niby skóra. Generator wypluje strugę oleistej cieczy, brudnej i cuchnącej, a ta pokryje wszystkie przedmioty, osoby i sprzęty, zarówno pospolite, jak i drogocenne, zarówno szkaradne, jak i te nieliczne, które nadal zachowały piękno. Zapaskudzi świat Dudusia i uczyni go bezużytecznym. Nie nadającym się do mieszkania.

Susan Sontag, Zestaw do śmierci, tłum. Anna Kołyszko, PIW 1989, s. 7-9

*

Dziś ukazało się moje omówienie ostatniej książki Andreia. Forma, w jakiej je opublikowano, jest wynikiem rozmaitych skrótów, częściowo przeze mnie zaakceptowanych, a częścio­wo dokonanych już po korekcie szpaltowej, a więc bez mojej zgody. Sporządzam wykaz fragmentów usuniętych przez George Ivaşcu i w każdej jego decyzji dostrzegam przyczynek ilu­strujący coś, co z czasem może się stać samodzielną gałęzią socjologii kultury - mianowicie patologię kultury.

Jaką rolę w tej morfopatologii kultury może odgrywać re­daktor pisma? Jeśli harmonijnie funkcjonuje w tym świecie, uważna analiza jego interwencji może ujawnić właśnie symp­tomy choroby lub samą chorobę. Na przykład ze zdania „upłynęło dalszych sześć lat, w ciągu których sam autor na­uczył się milczeć” G.I. usunął słowa „w ciągu których sam autor nauczył się milczeć”. Jakie zjawisko kulturalnej patolo­gii ilustruje ta interwencja?

W świecie ducha milczenie może mieć przynajmniej nastę­pujące sensy:
1) Dialog, jako forma dynamiki ducha, jest naprzemiennością mówienia i milczenia. W tych warunkach nieumiejętność milczenia oznacza unieruchomienie ducha, głupi mono­log, kręcenie się w ciasnym kręgu własnego ducha. Jest to więc słowotok, logorrea.
2) W innym sensie milczenie jest zasadą samouctwa, eta­pem nieodzownym wszelkiej pajdei, Bildung. To ów czas „przyjmowania towaru”, duchowej regeneracji, ładowania akumulatorów itd. W każdej biografii kulturalnej muszą być momenty, gdy nie produkujesz, lecz tylko konsumujesz kul­turę, gdy zatem powinieneś milczeć. Odmowa milczenia ozna­cza tu powtarzanie w kółko tego samego, dreptanie w miejscu, obumieranie na skutek nieodnawiania własnej substancji.
3) Milczenie może być formą przyznania się do nie­możności wyrażenia jakiegoś istotnego sensu lub też wyzna­nia, że nie mamy nic istotnego do powiedzenia. Heidegger pi­sze: „Człowiek, nim zacznie mówić, powinien na powrót wsłuchać się w głos Bytu, nie obawiając się, że słuchając te­go imperatywnego wezwania, sam niewiele bądź rzadko będzie miał coś do powiedzenia. Tylko w ten sposób można słowu przywrócić jego bezcenną, istotną wartość, człowieko­wi zaś udostępnić schronienie w wielkim pałacu prawdy by­tu”. W tym aspekcie odmowa milczenia oznacza pozostanie na powierzchni rzeczy, ślizganie się po niej, wprowadzanie inflacji w przestrzeń słowa.
4) Milczenie może być formą godności ducha, protestu. Zamykasz się w milczeniu, gdy wokół ciebie gada się zbyt dużo i nikczemnie. Odmowa milczenia oznacza tu więc współudział w niemoralnym spisku słowa.
5) Wreszcie „nauczenie się milczenia” można rozumieć ja­ko korektę w postępowaniu, opartą na doświadczeniu nega­tywnych skutków mówienia. Tym sposobem milczenie staje się wyrazem roztropności, a więc mądrości uzyskanej kosz­tem wysiłku.

W warunkach kulturalnej patologii wszelki kontekst polisemiczny zostaje prewencyjnie wyeliminowany. Instancja „nadzorująca” nie zadaje sobie trudu ustalenia sensu; jeśli tylko dyskurs zdradza najlżejszą bodaj wieloznaczność, zostaje wyeliminowany, bo przecież mógłby w umyśle czytelnika odezwać się jakimś sensem „wywrotowym”, choćby nawet niewyraźnym i słabym. Cały wachlarz możliwych sensów pa­da tu ofiarą ze względu na groźbę pojawienia się tego jedyne­go, niewłaściwego. Przestaje istnieć problem zrozumienia; poszukiwanie intencji, a więc ustalanie sensu, to zawsze ope­racja niepewna i ryzykowna. („Skąd w gruncie rzeczy mamy wiedzieć, czy jemu o to właśnie chodziło?”). Lepiej już, rozsądniej i skuteczniej jest usunąć źródło dwuznaczności. Na przykład w opisanym wyżej przypadku kontekst arty­kułu wskazuje jasno, że w grę wchodzi sens nr 2 - milczenie o aspektach dydaktycznych, akumulujące, regenerujące. Do­póki jednak funkcjonują również sensy 4 i 5, dopóty wypo­wiedź polisemiczna będzie prewencyjnie eliminowana.

Tak więc w warunkach patologii kulturalnej dobry redaktor musi zawodowo uprawiać podejrzliwość. Musi on utrzymy­wać się w ciągłej czujności i widzieć w każdym autorze małego diabła, który na każdym kroku próbuje go wykołować za pomocą słów. Śmieszność jest w tę sytuację wkalkulowana; każdy wartownik kreuje sobie własne upiory, a ten tutaj chory biedak upodabnia się straszliwie do ludzi mających zawsze jedno oko zamknięte (paradoks oka wartownika) w świecie podejrzanych, stworzonych przez jego własny obłęd.

[w:] Gabriel Liceanu, Dziennik z Păltinişu, przeł. Ireneusz Kania, Sejny 2001, s. 185-187

*

Trzeba znaleźć przyczyny niedomogów Partii. Wszystkie nasze założenia są dobre, ale nasze osiągnięcia są złe. Żyjemy w chorym stuleciu. Rozpoznaliśmy i chorobę, i jej przyczyny z dokładnością mikroskopową, gdziekolwiek jednak przyłożyliśmy lancet, pojawiły się nowe wrzody. Wola nasza była mocna i czysta, naród powinien nas był kochać. Zamiast tego naród nas nienawidzi. Dlaczego jesteśmy dla wszystkich wstrętni, przez wszystkich nienawidzeni?Przyszliśmy do was z prawdą, a w ustach naszych brzmiała ona jak kłamstwo. Daliśmy wam wolność, ale w rękach naszych wygląda ona jak bicz. Przynieśliśmy wam nowe życie, a gdzie głos nasz się rozlegnie, drzewa usychają i słychać tylko szelest zwiędłych liści. Przynieśli do was z obietnicą przyszłości, lecz język nasz się plątał i słyszeliście tylko szczekanie.

Arthur Koestler,Ciemność w południe, tłum. Tymon Terlecki, PIW, 1990, str. 46 [i dalej]

Wziął jeszcze jednego papierosa i zapalił go tym razem sam, bo Iwanow się nie ruszył.
Wybacz mi pompatyczny sposób mówienia - ciągnął dalej - czy ty naprawdę jeszcze wierzysz w to, że lud idzie z wami? Znosi was, niemy i zrezygnowany, jak znosi innych, w innych krajach, ale w jego głębiach nie ma już żadnego odzewu. Masy stały się na nowo głuche i nieme, są znowu wielkim, milczącym X historii, nieczułym jak morze, które nosi okręty. Każde przelotne światło odbija się na jego powierzchni, w głębi jednak panuje ciemność i cisza. Wtedy, już dawno temu, poruszyliśmy tę głębię, lecz to się skończyło. Innymi słowy - przerwał na chwilę i nałożył binokle - wtedy tworzyliśmy historię; dziś prowadzicie politykę. Oto cała różnica.
Iwanow oparł się w krześle i puszczał kółka z dymu - Przepraszam, ale nie widzę jasno tej różnicy - powiedział. - Może byłbyś tak dobry i zechciał ją wytłumaczyć.
- Chętnie - rzekł Rubaszow. - Jakiś matematyk powiedział kiedyś, że algebra to nauka leniwców: nie usiłują wyliczyć, czemu równa się X, ale posługują się nim, jakby wiedzieli, co on oznacza. W naszym wypadku X to masy bezimienne, lud. Polityka to posługiwanie się tym X bez troski o jego właściwą naturę. Tworzenie historii to rozpoznawanie w niewiadomej X tej wartości, jaką przedstawia w równaniu.

str. 64

Prawda ostateczna, w najbardziej ostatecznym wyniku, jest zawsze kłamstwem. Ten kto na końcu będzie miał rację, przedtem robi wrażenie, ze się myli i jest szkodliwy.

str. 72

- Apage satanas! - powtórzył Iwanow i nalał sobie nową szklankę. - Za dawnych czasów pokusa stawała się ciałem. Dzisiaj przybiera formę czystego rozumowania. Wartości się zmieniają. Miałbym ochotę napisać misterium wielkanocne, w którym Bóg i Diabeł prowadziliby spór o duszę świętego Rubaszowa. Po życiu pełnym grzechów nawrócił się on do Boga, do Boga o podwójnym podbródku, na który składają się liberalizm gospodarczy i zupkowe miłosierdzie Armii zbawienia. Szatan natomiast jest chudym, ascetycznym i fanatycznym miłośnikiem logiki. Czyta Machiavelliego, Ignacego Loyolę, Marksa i Hegla; wobec ludzkości jest zimny i bezlitosny, co wynika z pewnego rodzaju matematycznej litości. Skazano go na robienie zawsze tego, co najbardziej odpychające; staje się rzeźnikiem po to, by raz na zawsze skończyć z rzezią; składa ofiarę z owiec po to, by już nigdy więcej owiec nie zabijano, biczuje ludzi, by się nauczyli buntu przeciw biczowaniu, odziera się z wszelkich skrupułów w imię sumienia wyższego rzędu i głosi nienawiść człowieka w imię miłości do człowieka - miłości abstrakcyjnej i geometrycznej. Agape satanas! Towarzysz Rubaszow woli być męczennikiem. Dziennikarze prasy liberalnej, którzy go nienawidzili za życia, uznają go świętym po śmierci. Odkrył, że ma sumienie, a sumienie jest równie nie do pogodzenia z rewolucją jak podbródek. Sumienie przeżera mózg jak rak, pochłaniając całą szarą substancję. Szatan został pobity i cofa się, ale nie wyobrażaj sobie, że zgrzyta zębami i pluje ogniem z wściekłości. Wzrusza ramionami, jest chudy i ascetyczny; spotkał już wielu, któzy osłabli i wymknęli się z szeregu pod jakimś pompatycznym pretekstem.

str. 110