*

Próbował poradzić sobie ze skomplikowaną czynnością założenia podwiązek na pończochy, żeby się nie marszczyły. Jak to przyjemnie, że może się złościć, a nie ma w tym ryzyka dla państwa, że można dać należną odprawę rozmaitym szczurom, ropuchom hienom i żmijom. Brzuchy rekinów były świadkami tego, że nie odmawiał sobie podobnych przyjemności. Czy gdzieś w Meksyku nie spoczywają zwłoki perfidnego gallego José Almoiny? No i Baska, Jesusa de Galindeza, kolejnego drania, który kąsał karmiącą go rękę? A zwłoki Ramona Marrera Aristy, który myśląc, że będąc zwykłym pisarzem, może przekazywać informacje do “The new York Timesa” przeciwko rządowi Dominikany płacącemu rachunki za jego pijatyki, wydawnictwa i kurwy? A trupy trzech siostrzyczek Mirabal, które bawiły się w komunistki i udawały bohaterki, czy również nie pozostały gdzieś daleko, by dać świadectwo, że kiedy dyktator wybuchnie gniewem, nic go nie powstrzyma? Nawet Valeriano i Barajita, dwoje szaleńców z El Conde, mogli o tym zaświadczyć.

Zatrzymał but w powietrzu, wspominając tę słynną parę. To prawdziwa instytucja w kolonialnej części miasta. Spędzali noce pod drzewami laurowymi w parku Colón, w podcieniach katedry, a w porze największego ruchu pojawiali się u wejścia do eleganckich magazynów z obuwiem albo sklepów jubilerskich dzielnicy El Conde i udawali wariatów po to, żeby ludzie rzucali im pieniądze albo coś do zjedzenia. Często widywał Valeriana i Barajitę odzianych w łachmany i jakieś absurdalne ozdoby. Kiedy Valeriano wcielał sięw Chrystusa, ciągnął za sobą krzyż, kiedy udawał Napoleona, wywijał kijem od szczotki, wykrzykiwał rozkazy i atakował nieprzyjaciela. Jeden ze szpicli Johnny’ego Abbesa doniósł, że wariat Valeriano zaczął naigrywać się z Szefa i nazywać go Mądralą. Zainteresował się tą sprawą. Pojechał sprawdzić, ukryty w samochodzie o przyciemnionych szybach. Starzec z piersią obwieszoną lusterkami i kapslami od butelek po piwie obnosił się z dumą, wypinając pierś z medalami, a wyglądał jak pajac popisujący się przed gronem wystraszonych ludzi, którzy nie wiedzieli, czy się śmiać, czy uciekać. “Oklaskujcie Chapię, tchórze”, wołała Barajita, wskazując na lśniącą od medali pierś wariata. Poczuł wtedy gorący dreszcz przebiegający mu po ciele, gniew oślepił go i kazał ukarać bezczelnego śmiałka. Natychmiast wydał rozkaz. Ale następnego ranka przyszło mu na myśl, że mimo wszystko wariaci nie wiedzą, co czynią, i zamiast ukarać Valeriana, trzeba wyciągnąć dłoń do tej pary żartownisiów, którzy działali za czyjąś namową, no i ciemnym świtem, takim jak dzisiejszy, rozkazał Johnny’emu Abbesowi: “Wariaci są tylko wariatami. Wypuść ich”. Szefowi Wojskowych Służb Wywiadowczych twarz spochmurniała. “Za późno Ekscelencjo. Od razu wczoraj rzuciliśmy ich rekinom na pożarcie. Żywych, jak pan kazał”.

Włożywszy buty, podniósł się z miejsca. Mąż stanu nie może żałować swoich decyzji. On nigdy niczego nie żałował. Tych dwóch biskupów także rzuciłby żywcem na pastwę rekinów. Rozpoczął kolejny etap porannej toalety, podejmowany każdego ranka z prawdziwą rozkoszą, i wspominał powieść, którą czytał w młodości, jedyną, jaka utkwiła mu w pamięci - Quo Vadis, historię Rzymian i chrześcijan, z której nigdy nie zapomniał postaci wyrafinowanego i bardzo bogatego Petroniusza, arbitra elegancji budzonego co rano do życia za pomocą masaży, ablucji, maści, eterycznych olejków, perfum i pieszczot swoich niewolnic. Gdyby miał więcej czasu, robiłby to samo co on: cały ranek spędzałby w rękach masażystek, pedikiurzystek, manikiurzystek, fryzjerów, kąpielowych, poddając się najpierw ćwiczeniom na pobudzenie mięśni i uaktywnienie serca. Tymczasem robiono mu tylko krótki masaż w południe, po obiedzie i nieco dłuższy i spokojniejszy w każą niedzielę, kiedy mógł oderwać się na dwie lub trzy godziny od absorbujących go obowiązków. Ale obecne czasy nie były odpowiednie do relaksowania zmysłów na wzór wielkiego Petroniusza. [..]

Mario Vargas Llosa, Święto kozła, przeł. Danuta Rycerz, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2003, s. 29-31

[...] - Nie jestem świętoszkiem ani fanatykiem, Antonio. Tylko praktykuję swoją wiarę, nic więcej. A od czasu, jak biskupi ogłosili List Pasterski 31 stycznia zeszłego roku, mam powód do dumy, że jestem katolikiem.
- A więc katolik nie może rozmawiać o kurwach, ale wolno mu zabijać, Turco? - prowokował dalej Imbert. Często tak rozmawiali: on i Salvador Estrella Sadhalá byli najserdeczniejszymi przyjaciółmi w całej grupie. Zawsze robili sobie kawały, często tak ryzykowne, że ci, którzy na to patrzyli, myśleli, że skoczą do siebie z pięściami. Jednak nigdy się nie kłócili, ich braterskie więzy były nierozerwalne. Ale tamtej nocy Turco nie przejawiał ani odrobiny poczucia humoru.
- Zabić kogoś, nie. Ale zlikwidować tyrana, tak. Znasz słowo tyranobójstwo? W nadzwyczajnych przypadkach Kościół na nie zezwala. Pisał o tym święty Tomasz z Akwinu. Chcesz wiedzieć, skąd to wiem? Kiedy zacząłem pomagać ludziom z ruchu 14 Czerwca i zrozumiałem, że czasami będę musiał pociągnąć za spust, poszedłem porozmawiać z naszym duchowym opiekunem, ojcem Fortinem. To kanadyjski ksiądz z Santiago. Załatwił mi audiencję u monsignore Lina Zaniniego, nuncjusza Jego Świątobliwości. Czy byłyby to grzech dla wierzącego, gdybym zabił Trujillo, monseñor? Przymknął oczy, zamyślił się. Mogę ci powtórzyć jego słowa, nawet z włoskim akcentem. Pokazał mi cytat ze świętego Tomasza, z jego Sumy teologicznej. Gdybym tego nie przeczytał, nie byłoby mnie z wami dzisiejszej nocy.

Antonio de la Maza odwrócił głowę, aby mu się przyjrzeć.
- Czy konsultowałeś to z twoim duchowym opiekunem?
Drżał mu głos. Porucznik Amado García Guerrero zląkł się, że Antonio za chwilę wybuchnie złością, do czego miał skłonności, odkąd Trujillo kazał przed laty zamordować jego brata Octavia. W jednym z napadów wściekłości o mało nie zerwał więzów przyjaźni, jaka łączyła go z Salvadorem Estrella Sadhalá. Ten uspokoił go:
- To było dawno temu, Antonio. Kiedy zacząłem pomagać ludziom z ruchu 14 Czerwca. Czy myślisz, że jestem aż tak niepoważnym gówniarzem, że powierzyłbym biednemu księdzu sprawę tej wagi?
- Wytłumacz, dlaczego możesz używać słowa gówniarz, a nie skurwiel, kutas, albo strzelać, Turco - zażartował Imbert, jeszcze raz próbując rozładować napięcie. - Czy te sprośne słowa nie obrażają Pana Boga?
- Boga nie obrażają słowa, tylko nieprzyzwoite myśli. - Turco zdecydował się ciągnąć dalej ten wątek. - Gówniarze, które zadają gówniane pytania, może go nie obrażają. Ale okropnie go nudzą.
- Byłeś dziś rano u komunii, żeby uczestniczyć w tym wielkim wydarzeniu z duszą w stanie łask?- prowokował go dalej Imbert.
- Od dziesięciu lat codziennie przystępuję do komunii - oświadczył Salvador. - Nie wiem, czy mam taką duszę, jaką powinien mieć chrześcijanin. Jeden Bóg to wie.

jw., s. 35-36

Posted in Cytaty.

Leave a Reply