Zestaw do śmierci – Susan Sontag
Źródło: www.powells.com
W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku w literaturze amerykańskiej powstało sporo utworów o charakterze nowatorskim i awangardowym. Przejawiały one tak wiele wspólnych cech, wyrażających się przede wszystkim w dekonstrukcyjnym stosunku do tradycyjnie rozumianej powieści. Postrzegany z tej perspektywy „Zestaw do śmierci”, eksperymentalna powieść Suzan Sontag, znanej wcześnie z ciekawych i oryginalnych artykułów, wpisuje się dość dobrze w ten kontekst historyczno – literacki.
O wysokim potencjale literackich możliwości autorki możemy się przekonać już na początku powieści. Wystarczają jej dwie – trzy strony, by głównego bohatera książki obciążyć bagażem everymana (kolejny w literaturze amerykańskiej bohater w wieku Chrystusowym, por. “Światłość w sierpniu” Faulknera) z wszelkimi konsekwencjami tego stanu rzeczy, a Sontag robi to w taki sposób, jakby była tak łatwe do osiągnięcia przez pisarza, jak splunięcie. Podejrzewam, że większość ludzi, którzy kiedykolwiek próbowali zmierzyć się z pisaniem literatury na poziomie wykraczającym poza grafomańskie wygibasy stanowiące ujście odautorskiej emocjonalności, czytając pierwsze strony „Zestawu do śmierci” szybko nabierze estymy wobec Sontag. Łatwość i lekkość z jaką przychodzi jej kreacja świata przedstawionego oraz jej kontrola nad materią powieści pozytywnie zaskakują, znamionując pisarkę wysokiej próby. Wrażenie to towarzyszy lekturze, aż do czarnej, PIWowskiej obwoluty oznaczającej jej koniec.
Główną tematykę powieści można opisać w przestrzeni określanej przez Erosa i Thanatosa (korzystając z najczęściej przywoływanej formuły do analizy spuścizny literackiej Jarosława Iwaszkiewicza), co jest motywem stosunkowo częstym. Antynomia wzajemnie się określających pojęć – miłości i śmierci, erotyzmu i osobności, żywotności i obumierania – wykreślona na przeciwstawnych sobie kręgach znaczeniowych staje się podstawową osią konstrukcyjną powieści, przebiegając przez Daltona “Dudusia” Harrona, jej głównego bohatera, warunkując jego istnienie, pełne podejrzeń i wątpliwości. Jest to bohater literacki specyficznego sortu, właściwie antybohater na modłę Kafki lub Borgesa, protagonista i antagonista w jednym, nacechowany dystansem wobec siebie i otaczającego go świata, determinowany przez potrzebę zracjonalizowania swojej pozycji w nim ergo przez potrzebę zniesienia owego dystansu, chęcią stania się jego częścią – i zupełnie sobie z tym nie radzącym. Przypomina troszeczkę Adasia Miauczyńskiego śniącego swój najprawdziwszy koszmar. Sprowadzając “Dudusia ” do ram psychologii, zapewne można by mówić o nim w kategoriach neurotyzmu, obsesji, psychozy maniakalno – depresyjnej itd. To zresztą bardzo ważny trop interpretacyjny zważywszy na to, że powieść wydaje się wykazywać spore zbieżności z psychoanalizą koncepcją człowieka – sama podróż dziwnym pociągiem o wiele mówiącej nazwie „Korsarz”, niezwykle ważna dla rozumienia treści powieści figura tunelu oraz wydarzenia, jakie się w nim (dwukrotnie! , na zasadzie lustrzanego odbicia) rozegrają, wreszcie opowieść o chłopcu-wilku będąca ‘zestawem do śmierci’ w pigułce.. – psychonalitycznych smaczków w powieści jest sporo, a ja tu zamilknę, by nie zdradzić zbyt wiele szczegółów. Tym niemniej teorii Froyda może być pewną pomocą do interpretacji, notabene podstawy do takiej tezy daje także duży oniryzm powieści. Sny “Dudusia”, stanowiące dość oczywisty komentarz do wydarzeń fabularnych, niwelują granicę pomiędzy jawą a snem, jeśli ta granica w ogóle kiedykolwiek istniała, w ogóle i jego czaszce. Piszę tak, ponieważ być może najlepszym obrazem explikującym charakter „Zestawu do śmierci” jako dzieła o zamkniętej, głęboko przemyślanej strukturze kompozycyjnej jest doskonale znana szekspirowska scena, w której Hamlet zadaje czaszce pytanie o jakże ontologicznym statusie, być może powieść Sontag można uznać za próbę nieco przewrotnej, osobliwej, a jednocześnie mrocznej reinterpretacji tej sceny? Czemu nie.
Z tym tylko zastrzeżeniem, że jest to odpowiedź do ameryków o Ameryce, o fabrykowaniu ich snów i marzeń, o bolączkach ich rodzącej się wówczas formuły państwa i życia. Tylko czy z perspektywy dzisiejszej możemy jeszcze mówić, że formuła zaproponowana przez Stany Zjednoczone jest formułą? Czy sny, jakie fabrykuje “Duduś”, są imaginacjami, które przynależą wyłącznie do tamtego kręgu kulturowego? Czy korporacja w której pracuje, miłość i śmierć, jakie proponuje mu świat i/lub jakie on proponuje światu, czy wreszcie problemy, jakie ma z wytyczeniem granic dla swej osobowości oraz próbą określenia podstaw swojej tożsamości są tylko i wyłącznie kwestią mieszczącą się w lokalnym kolorycie konkretnego “tu i teraz”? Wydaje mi się, że nie.
Charakterystyczne, że główny bohater jest nim tak bardzo serio, tak bardzo wchodzi w swoją rolę, że aż krzyczy o leki łagodzące te objawy w postaci ironii czy sarkazmu. Sontag wprowadza je, obdarzając “Dudusia” różnymi epitetami, co przydaje książce tonów tragifarsy i które kojarzą się natychmiast z gromowładnym Zeusem pióra legendarnego Greka, pisarza wszystkich pisarzy. Nie jest to jednak gra literacka w pełnym tego znaczeniu (jak u rasowych postmodernistów), lecz raczej bezpośrednia konsekwencja przyjętej przez autorkę formy wyrazu – „Zestaw do śmierci” jest powieścią, której kształt wynika bezpośrednio z dominanty kompozycyjnej, stanowiącej naczelną zasadę organizującą poszczególne elementy świata w niej przedstawionego; to jeden z największych walorów książki.
Warto zatrzymać się w tym miejscu na chwilę nad pojęciem „literatury eksperymentalnej”, do której powieść Sontag niewątpliwie się zalicza. Samo to określenie determinuje sposób odczytania i pole literackich asocjacji. „Ulisses” Joyca, dzieło nieprawdopodobne i genialne, operujące środkami wyrazu na niewyobrażalnym poziomie i negujące podstawowe kryteria opisu literatury, określił punkt odniesienia dla każdego utworu awangardowego, jaki powstał po 1921 roku i w ten sposób Joyce wpływa na kształt literatury długo po opublikowaniu swojego opus magnum, co miało miejsce rok później.
Być może najistotniejszą prominencją pozostawioną literaturze przez Joyca (oprócz niekontrolowanego rozwoju intertekstualności jako zasady tworzenia fikcji opartej o fikcję oraz wytrychu do jej opisu czyli pojęcia teoretyczno – estetycznego) stała się waloryzacja nowotworów językowych (czyli neologizmów) zarówno na płaszczyźnie słowa jako znaku jak i słowa jako desygnatu (znaczenia i pola znaczeń). Innymi słowy, rozwój lingwistycznych szkół poetyckich w dwudziestym wieku i ich znaczenie dla literatury, byłby nieporównanie inny (mniejszy?), gdyby nie Joyce.
Ciekawe, że Sontag niemal całkowicie rezygnuje z tych środków wyrazu, które rozgrywają się na poziomie słowa, a w większości przypadków nawet zdania. Skupia się ona raczej na przestrzeni całych akapitów np. wtedy gdy odznacza za pomocą wcięcia fragment stanowiący rozwinięcie myśli zawartej w poprzedzającym je zdaniu (co samo przez się kojarzy się trochę z koncepcją „rozwijających się pąków” Peipera). Najbardziej widocznymi ekstrawagancjami techniki pisarskiej, jako posługuje się Sontag są: regularne zamknięcie teraźniejszości w nawias (rozumieć bardzo dosłownie, jako [teraz]), a więc radykalne oddzielenie płaszczyzn czasowych oraz cechujące się podobną powtarzalnością przechodzenie z narracji pierwszoosobowej do trzecioosobowej. To ostatnie odbierałem przez długi czas jako podkreślenie rozgraniczenia na „ja” Dudusia i „świat” otaczający Dudusia, co wobec zakończenia powieści okazało się tropem, do którego chyba nazbyt się przywiązałem. Konkludując – ograniczone środki wyrazu, jakie stosuje Sontag, w połączeniu z kompozycją powieści (z jej zakończeniem i wobec wymowy posłowia, słusznie stawiającego kontrowersyjną amerykankę obok literackich kreacjonistów pokroju Borgesa czy wspomnianego już Kafki), okazują się niezwykle efektywne, co należy postrzegać tylko w kategorii in plus.
Niestety wydaje mi się, że „Zestaw do śmierci” ma także i swoje wady. Pierwszą z nich, który dla mnie zawsze jest rzeczą niezmiernie irytującą, jest wyrażanie pewnych wniosków płynących w trakcie czytania utworu wprost Przypomina to trochę debiutującego literata, który pragnie być zrozumiany za wszelką cenę, nawet poświęcając literaturę na rzecz płytkiego i jednowymiarowego wykładu z nurtujących go problemów. I nawet jeśli można to uznać zarazem za konieczność wynikającą z nawarstwienia symbolicznych znaczeń, to nie zmienia to faktu, że takie odsłanianie przed czytelnikiem warstw ukrytych w obawie przed nieprawidłową interpretacją, zawsze mnie denerwowało, „upupiało”. Druga wada jest również czynnikiem czysto subiektywnym. W którymś momencie, znużony dość jednostajną linią narracyjną, po której poruszała się Sontag, nie mogłem doczekać się tej chwili, w której powieść dotoczy się wreszcie do zakończenia. Ostatecznie wytrwałem, ale śmiem podejrzewać, że nie każdego czytelnika stać na tyle cierpliwości, tym bardziej, że sama istota eksperymentu literackiego ogranicza grono zainteresowanych jego finalnym efektem.



Jedno pytanie: Kto to Froyd?
zszafy
25/05/09 at 17:23:38
wykreślona na przeciwstawnych sobie kręgach znaczeniowych staje się podstawową osią konstrukcyjną powieści, przebiegając przez Daltona – przeciwstawne sobie pola znaczeniowe?
niezwykle ważna dla rozumienia treści powieści figura tunelu oraz wydarzenia, jakie się w nim (dwukrotnie! , na zasadzie lustrzanego odbicia) – w tunelu to dwukrotnie tylko zabójstwo się dokonało.
Sny “Dudusia”, stanowiące dość oczywisty komentarz do wydarzeń fabularnych, niwelują granicę pomiędzy jawą a snem, jeśli ta granica w ogóle kiedykolwiek istniała, w ogóle i jego czaszce – mnie się nigdy nie zdarzyło, żebym śniąc zniwelował granicę snu i wiedział, że śpię. Nigdy się nie obudziłem we śnie nadal śpiąc, ani nigdy nie zasnąłem we śnie.
regularne zamknięcie teraźniejszości w nawias (rozumieć bardzo dosłownie, jako [teraz]), a więc radykalne oddzielenie płaszczyzn czasowych oraz cechujące się podobną powtarzalnością przechodzenie z narracji pierwszoosobowej do trzecioosobowej – jeśli radykalne oddzielenie płaszczyzn czasowych to czemu sen i jaka się przenika?
maslo
05/08/09 at 14:26:08
Spróbuję napisać parę słów w ramach odpowiedzi, z pewnym zastrzeżeniem. Niech książka, którą czytałem jakiś czas temu będzie pretekstem do rozważań natury bardziej ogólnej. Nie łudzę się że pamiętam tamten tekst na tyle by odnosić się do niego, interpretacja na zasadzie – hm, co ja też chciałem wówczas napisać – także jest mocno absurdalna. Dlatego nawet nie zapoznam się z tym, co wtedy pisałem o powieści Sonntag. Ale jeśli założyć, że mój model myślenia znacząco się nie zmienił od tamtego czasu, to napisanie paru słów może mieć (dla mnie przynajmniej) jakiś namacalny sens.
Wydaje mi się, że wówczas chodziło mi o pola znaczeniowe (wyobrażeniowo, powiedzmy). Nie chciałem jednak stosować jakiegoś konkretnego określnika, używać pojęć z dziedziny semiotyki na zasadzie łatwej analogii. Dookreślałem, a nie określałem, nie mając pewności do stawiania jednoznacznych tez. Stąd w każdym bądź razie użycie zwrotu „kręgi znaczeniowe”. Jawę i sen potraktowałem tu tak jak każdą opozycję binarną. I znów przez analogię, którą tym razem zastosuję – czy wg Ciebie wiele stoi na przeszkodzie, aby za św. Augustynem definiować jawę jako nieobecność snu?
Piszesz o zabójstwie w kategorii tylko – ja myślałem o nim w kategorii ‘aż’. To jakiś arbitralny wybór w trakcie procesu interpretacji, który można przyjąć lub odrzucić. Obu zabójstwom (tu już l.mn.) towarzyszą określone dekoracje (sceneria, emocjonalność), przez co, one nie rozgrywają się identycznie. Postrzegałem je jako splot zróżnicowanych, a więc róznicujących je, czynników Nawet jeśli potraktować ja jako déjà vu to z natury tego będzie to inne, różne. Tu kontrapunkt stanowi mniej popularne jamais vu. Tak czy inaczej zabójstwo do kwadratu trudno rozpatrywać w tych samych kategoriach w jakich rozpatrujemy drogę, którą pokonujemy codziennie do pracy, albo sąsiada, gdzie widząc go drugi raz i już kojarząc, powiemy dzień dobry. Zabójstwo to zawsze extremum, tu mamy do czynienia z extremum do kwadratu. To wymusza porównywanie i różnicowanie. Poza tym, jeśli przyjąć że Sonntag jest inteligentną pisarką która stosuje dostępne jej środki w sposób zamierzony, to ten, w dość oczywisty sposób froydowski motyw, otwiera pole do interpretacji psychologicznych książki lub do traktowania tego w kategoriach jakiś postmodernistycznych gierek (żyjemy w tak dalekiej perspektywie czasowej od Froyda i tak dalece zmieniło się nasze rozumienie jego teorii, że właściwie większość tego typu nawiązań może prowokować do tego typu rozważań). O tym wspomniałem; nie mam kompetencji i nie kręci mnie to na tyle, by jakoś specjalnie się w to wgłębiać.
Jesteś w stanie wyobrazić sobie sen w którym widzisz siebie śniącego albo sen w którym boisz się, wiedząc jednocześnie, że jest to sen? Nigdy otwierając oczy nie zastanawiałeś się czy to jeszcze sen czy to już jawa. Wydaje mi się, że granica pomiędzy snem i jawą oczywiście istnieje, ale rozmowa śnie, jawie, wzajemnych granicach etc., a przeżywanie tego w trakcie rzeczywistym to dwie różne rzeczy. Być może Sonntag stosuje tu pewne rozszczepienie narracji ze względu na chęć uzyskania dystansu z jednej strony i wynikłe z potrzeby, nieumiejętności uzyskania dystansu czy jakiejś nieuniknionej konieczności utożsamienie bohatera i narratora. Bardzo podobny (by nie napisać identyczny) zabieg stosuje Dick w powieści Valis, którą poczytuję obecnie.
Są jeszcze inne rzeczy na które może i warto postawić akcent: to, że intrepretacja snu odbywa się zazwyczaj (zawsze?) ex post, na jawie, za pomocą określonego i dostępnego danemu podmiotowi (postrzegającemu, śniącemu) aparatu pojęciowego i na zasadzie racjonalizacji (oczywiście pomijam w tych rozważaniach wszelkie środki halucynogenne i inne wspomagacze), albo to, że kiedy historykowi literatury zadać pytanie o wyróżniki oniryzmu jako określonej konwencji, która respektuje określone zasady, ten zawsze wymieni zaburzenie relacji czasu i przestrzeni, i idę o zakład, że będzie to na pierwszym miejscu w hierarchii dominant.
Czemu sen ? Na przykład jako kontrapunkt. Jak się to przenika? Na przykład sny jako narzędzie filtrujące rzeczywistość, katalizator albo sny rozumiane jako wizualizacja podświadomości (i w takim rozumieniu interpretacja snów staje się taką interpretacją siebie, która nie jest dostępna innymi środkami, jak tylko przez pryzmat snu). Przyjęcie określonego rozumienia powoduje kolejne pytania i kolejne rozważania. Na przykład o to czy sen można rozpatrywać w kategorii faktu namalnego czy faktu domniemanego, na ile to rzeczywistość wewnętrzna cechująca się własną Logiką, a na ile jakiś patchwork rozpisany według przypadkowej trajektorii i ile właściwie w śnie iluzji, a ile rzeczywistości. Bo przecież sen równie dobrze można traktować jako dziurę w którą wpada Alicja, a my wraz z nią, czemu nie?
Notabene pisanie o tym jest dla mnie o tyle trudne, że bardzo rzadko pamiętam fragmenty snów, a jeszcze rzadziej sny układają mi się w jakieś zwarte historie. To drugie i ostatnie zastrzeżenie, być może, w sensie o wiele bardziej ogólnym niż zastrzeżenie początkowe może być elementem podważającym sensowność całej mej wypowiedzi.
none
09/08/09 at 13:20:06
jawa jako nieobecność snu? biorąc pod uwagę podwójną perspektywę i wachając się czy można ją nazwać jawą i snem, bo podobno sen to efekt wzajemnych relacji, trudne pytanie. jawa jako nieobecność snu. przeżywane w czasie rzeczywistym, tak. jawa jako nieobecność snu. dwa punkty widzenia: jako uczestnik – jawy (teraz), troche doświadc zamy snu. sen na jawie. jako obserwator – nie, nie doświadczamy snu. sen jako efekt relacji sprzeczności, to jak efekt relacji jawy z jawą. więc jawa, jako rzeczy widzialne, jawa jako przeciwstawne sprzeczności indukuje sen, więc jawa, w percepcji człowieka to bliskość snu. w percepcji to zanikanie jednego na rzecz drugiego. więc czy wiele stoi na przeszkodzie, żeby definiować jawę jako nieobecność snu, odpowiem, że nie, nic nie stoi na przeszkodzie i trzeba tak definiować jawę. choć nadal mam pewne wątpliwości, ale wynikają one z natury istnienia dwóch punktów widzenia. w zasadzie oskarżenie o obecność snu na jawie, jest jakby podchwytliwe, bo wydaje mi się, że sen to w połowie jawa w połowie sen. czyli współistnienie jawy i snu. we śnie jawa to obecność snu. proszę mnie wyprowadzić z błędu jeśli taki jest.
maslo
14/08/09 at 11:49:15
tak, zabójstwo do kwadratu to co innego, to ekstremum, pewna emocjonalność i przyczynowość. to w zasadzie jest już uświadomione zabójstwo, jednak nie zaplanowane, tylko jakby wynurzająca się z emocjonalności świadomość jego dokonania. Duduś dwa razy zabił siebie, pierwszy raz ianczej niż drugi. pierwszy raz był przecieraniem szlaku, konsekwencją swojego samobójstwa. niepewnym rzuceniem się dla ratowanie swojego życia. drugi raz, był jakby odruchem, ratowaniem się przed ostatecznością, tak jakby ucieczką przed niepewnym pierwszym zabiciem. mnie tu jednak bardziej interesował fakt dokonywanie we śnie tego co zdarzyło się na jawie. przymusu. sen jako konsekwencja jawy. i to podwójne zabójstwo (na zasadzie lustrzanego odbicia) z jawy. sama logika jest do pojęcia, jednak mechanika sprawia trudności.
maslo
14/08/09 at 12:37:32
1. Nie mam patentu na rację, więc wychodzę z założenia że trudno mi wskazywać czyjekolwiek błędy. Bliskie mi jest raczej przekonanie, że percepcja każdego rodzaju (także Twoich słów) jest interpretacją, przekładem na pewien określony system pojęciowy, różny w zależności od człowieka (podmiotu postrzegającego). Druga uwaga określająca moje rozważania wynika z tego, że prywatnie dla mnie coś takiego jak „obiektywizm” wydaje mi się pojęciem pustym. Dlatego rozróżnienie na obserwatora i uczestnika jest dla mnie o tyle kłopotliwe, że różnicuje je jedynie stopień subiektywizmu (to też łączy się z tym co pisałem wcześniej o interpretacji). Kiedy myślałem o tym poprzednim razem, szukałem jakiegoś wspólnego mianownika dla jawy i snu. Znalazłem go właśnie w podmiocie postrzegającym. Ale przecież równie dobrze można wyobrazić sobie człowieka, który śniąc, mówi słowa, będąc zanurzony w rzeczywistości marzeń sennych; wypowiada je w czasie rzeczywistym nie mając nad tym realnej kontroli. Nie wchodzę tu w zakres tzw. świadomego snu i pobliskich stanów, które są świetnie opisane na polskiej wikipedii. Ale w takim ujęciu tematu zgadzam się z Tobą, choć wciąż nęci mnie stawianie akcentu na subiektywne odczucie śniącego i jego autointerpretację dotyczącą stanu w jakim znajduje się w danym momencie.
2. Jego zabójstwo raczej rozpatrywałem jako pewną, trochę profetyczną, zapowiedź tego, co stanie się później. Przynajmniej początkowo. Oczywiście rozumienie uległo zmianie z faktem drugiego, realnego już zabójstwa. Podświadoma intuicja, coś takiego. Generalnie nie bardzo wiedziałem jak sobie poradzić z interpretacją tego snu i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. I ja miałem problem z mechaniką, stąd moje domysły dotyczące froydyzmu. Poetyka marzeń sennych przez różne szkoły pisania była wykorzystywana do różnych celów (inaczej w romantyzmie, inaczej kiedy pojawił się Froyd, a jeszcze inaczej współcześnie, gdy Froyd przeszedł do świadomości kulturowej, w nauce będąc właściwie już całkowicie zanegowany). Zawsze można się zastanawiać na ile wprowadzenie do powieści takiego elementu jest rozwiązaniem istotnym dla rozwoju fabuły, a na ile jest to ukłon w stronę kolegów po piórze, żyjących i piszących niegdyś.
Czytałeś może Valis Dicka ? To co robi z bohaterem swojej powieści, przypomina mi Sonntag i jej Dudusia.
none
21/08/09 at 11:40:32
nie czytałem. na razie pracuję nad powieścią Sonntag. czy to pozycja warta kupienia?
maslo
24/08/09 at 21:17:40
Kiedyś, kiedy kręciła mnie lit. amerykańska, postmodernizm i eksperymenty literackie na pewno. Obecnie wystarczyłaby biblioteka. Ale ja rzadko kupuje książki.
Jak coś, mogę Ci podesłać (lub przepisać/streścić co istotniejsze uwagi tu) skan dotyczący Sontag z “Historii literatury Stanów Zjednoczonych w zarysie. Wiek XX” autorstwa Kopcewicza i Sienickiej.
none
26/08/09 at 22:36:20
chętnie zajrzę. proszę mi podesłać.
maslo
27/08/09 at 8:08:47
Poszło.
none
28/08/09 at 11:03:41