Bóg urojony - Richard Dawkins
poniedziałek, marzec autor vogler

Źródło: http://www.gandalf.com.pl
W tej chwili jestem pod koniec lektury, niemniej o tej pozycji mam już wyrobione zdanie.
Dawkins zrobił na mnie duże wrażenie przede wszystkim ze względu na to, że buduje kompleksowy system, co przecież we współczesnej myśli intelektualnej nie jest proste i częste. Poruszając się w różnych dziedzinach nauki i budując kolejne dygresje, które w zamierzeniu autora stanowić mają potwierdzenie tego tez, robi to w sposób konsekwentny, czym tym bardziej przekonuje mnie do swojej koncepcji. Inna sprawa, że - ponieważ na użytek własny deklarowałem się wobec wiary jako niezdecydowany agnostyk - nie byłem przypadkiem jakiegoś szczególnie opornego czytelnika, choć z drugiej strony “Bóg urojony” początkowo odtrącał mnie od siebie stylem Dawkinsa, jego niskiego lotu (aż chciałoby się napisać “zamerykanizowanymi”) żartami i całym kompleksem zabiegów technicznych mających na celu zachęcenie czytelników zdeklarowanych religijnie i wyznawców kreacjonizmu do zapoznania się z wynurzeniami popularnego profesora. Podobnie początkowo miałem duże trudności z przyswojeniem sposobu w jaki kształtuje się w książce osoba jej polskiego tłumacza, który wykazując się dużą kompetencją, nie ukrywa jednocześnie swego ewidentnie afirmatywnego stosunku do Dawkinsa (chodzi mi tu o przypisy autorstwa tłumacza, których w książce jest wiele). Z biegiem lektury uświadomiłem sobie jednak, że ja po prostu nie jestem przyzwyczajony do takiego stylu translacji i że odpowiada mi on daleko bardziej niż ten ustandaryzowany, z którym dotychczas miałem do czynienia. Wiąże się to z mym silnym przekonaniem, że obiektywność jako wartość po prostu nie istnieje. W konsekwencji tego, dużo bardziej przekonują mnie tłumacze czy np. dziennikarze, którzy miast stwarzać iluzje obiektywizmu, nie ukrywają swych przekonań, dzięki czemu ‘mówią własnym głosem’. Jedyny mój zarzut wobec wywodu Dawkinsa jest związany z tym, że momentami odnosiłem wrażenie, iż autor pewne tematy, które wręcz domagały się rozwinięcia, potraktował jako cytaty, inne natomiast ciągną się zbyt długo. Było to więc moje subiektywne wrażenie, wrażenie totalnego ignoranta w domenie genetyki, dotyczące wzajemnej równowagi pomiędzy poruszanymi przez Dawkinsa tematami.
Oczywiście (oczywiście-> jak to ja) nie zamierzam wgłębiać się tu szczegółowo w kwestie rozważań natury religijnej, ponieważ nie mam tego w zwyczaju. Nie uważam, żeby tego typu dyskusje, drażliwe i zaciekłe, były w ogóle potrzebne, zwłaszcza w naszym społeczeństwie i ilekroć słucham tego typu dyskusji, utwierdzam się w mym przekonaniu, że nie ma to najmniejszego sensu. Wspomnę jedynie, że najciekawsze były dla mnie rozważania Dawkinsa dotyczące genetyki (ignorancja) i aksjologii z Biblią i bez Biblii (zainteresowania) oraz że w tej chwili bliżej mi do ateisty niż do agnostyka (a zatem w moim przypadku Dawkins osiągnął swój cel).
“W konsekwencji tego, dużo bardziej przekonują mnie tłumacze czy np. dziennikarze, którzy miast stwarzać iluzje obiektywizmu, nie ukrywają swych przekonań, dzięki czemu ‘mówią własnym głosem’”.
Nic z tego nie rozumiem - po takiej deklaracji to Ty z niepohamowaną namiętnością powinieneś zaczytywać się we wszelakich co bardziej wyrazistych esejach. ;P
Nie, uparciuchu
Mój problem z esejem jest problemem natury formalnej ( choć może podświadomie czuję się w jakiś sposób indoktrynowany przez eseistę, co zapewne jest traumą, jaką pozostała we mnie po lekturze lekturze Podsiadły w “TP”
).
Konkretyzując - stworka Dawkinsa traktuje jednak jak książkę naukową i mimo wszystko czytałem go krytycznie. Co więcej, wydaje mi się, że nie powinno się stawiać eseju w opozycji do literatury pięknej - w tym kontekście - i można traktować powieść jak wykładnię poglądów pisarza, który wykłada je nie wprost, niemniej wg pewnych zasad i prawideł, które są mniej lub bardziej czytelne i przede wszystkim - skonwencjalizowane, co pomaga w odczytaniu.
Satysfakcja jaką mogę mieć z interpretacji (powieść) jest dla mnie o wiele większą zachętą niż zaspokojenie moich potrzeb poznawczych (esej) - te mogę zaspokajać oglądając Teleexpress, Discovery, czytając gazetę czy idąc na film do kina itd. Jak więc widzisz, bardziej chodzi mi tu o to, że esej stawia mnie w pozycji czytelnika biernego (podobnie jak wymienione przeze mnie powyżej przykłady), a ja wolę mieć aktywny umysł. I w mym przydługim już i nudnym zapewne dictum mniejsza o to, czy interpretacja, o którą mi chodzi, ma jakieś obiektywne wartościowanie, czy mówiąc żargonem literaturoznawczym “ma oparcie w tekście”. Jej znaczenie jest jednostkowe i autonomiczne (pod tym względem zawsze będę dekstrukcjonistą).
Howgh!
Dawkins od dawna robi na mnie duże wrażenie - dzięki swobodzie myślenia. Autentycznej wolności, nie tylko pozorowanej, która tak często usprawiedliwiana jest wychowaniem, kulturą itd. “Samolubny gen” uświadomił mi m.in. moją nieśmiertelność(sic!). Lubię obcować z jego odwagą, tropami jego rozumowania podążać. W przeciwieństwie do mojej przedmówczyni tworząc własny dyskurs potrzebuję nie tylko informacji, również poznania innych możliwości spojrzenia na podstawowe kwestie. Oglądanie popularno-naukowych programów i wiadomości z gazet, choćby najbardziej wiarygodnych - niczego nie wnoszą(dyskurs rozumiem jako poznanie czysto rozumowe, bez udziału spostrzeżeń i intuicji). Potrzebny mi Wittgenstein, potrzebny i Derrida. Dawkins podoba mi się również dlatego, że jako jeden z niewielu - umie jasno powiedzieć o swoim ateizmie. A to wymaga odwagi. Nie tylko w naszym społeczeństwie. Rozmawiać o religii można. Jednak. Byle nie z samozwańczymi misjonarzami. Węcławski rozmawiał z samym sobą. I nie mógł pozostać członkiem KK.
Ej no, jesteś co najmniej równie uparty jak ja, proszę mi tu publicznie nie wypominać.
Jak wiadomo, nie zgadzam się z Tobą. W jednym punkcie, jako zawsze - bo zawsze do niego dochodzimy. Po prostu cały czas uważam, że satysfakcja, jaką można mieć z czytania eseju, rozgrywa się jednak na poziomie bardziej wysublimowanym niż “zaspokajanie moich potrzeb poznawczych”. Nie uważam tego za rodzaj biernej lektury - wymaga to tylko innego rodzaju aktywności, tak sądzę. Lubię czytać interpretacje czegoś, gdyż ze zderzenia cudzego punktu widzenia z moim własnym, z tego przecięcia, powstają rzeczy, na które wcześniej bym nie wpadła i to już samo w sobie bywa ciekawe. Ale bawi mnie w eseju najbardziej chyba to, co leży poza nim - inspiracja. Wejście w świat czyichś skojarzeń, wyznaczanie nowych dróg, pokazywanie pokrewieństw nieoczywistych, ale istniejących - nawet jeśli tylko w czyjejś wrażliwości i wyobraźni. Wydeptywanie własnych ścieżek raz jeszcze. Nawet powtarzających pozornie dawne trasy - w świetle eseju inaczej rozstawione są akcenty, zaczynam widzieć nowe możliwości - i to jest mi bliskie.
Swoją drogą oglądania filmów też do czynności biernych bym nie zaliczyła.
Podsiadło zaś kojarzy mi się nie tyle z felietonami w TP, co z prowadzoną przez czas dłuższy rubryką, której nazwy nie pamiętam, będącą rodzajem poczty literackiej, w niezwykle ambitnym periodyku pod równie ambitnym tytułem “Nowa Trybuna Opolska”, gdzie te jego zjadliwe i cięte uwagi czytałam z niejaką namiętnością, a można i zgryźliwie powiedzieć, że z namaszczeniem, młodym dziewczątkiem będąc.
I Ty chcesz tu rywalizować ze mną, gdy o traumy chodzi?
… a dekonstrukcjonizm - celowo na koniec sobie to zostawiłam, coby w oczy biło - na wieki obcym mi pozostanie. O czym też zresztą wiesz.
defendo -> W dużej mierze zgadzam się z Twoją opinią i w swoim komentarzu wspaniale wyraziłaś to, czego ja nie zwerbalizowałem. Niezależnie od tego czy zgadzać się z Dawkinsem czy nie, zasługuje on na ogromny szacunek przez głoszenie własnych poglądów, będąc jednocześnie w pełni świadomym konswekwencji takiego stanu rzeczy (chodzi mi tu np. o ataki ze strony kreacjonistów przybierające bardzo różne, nierzadko radykalne formy). Wolność jaką wydaje się, że uzyskał Dawkins, jest wolnością ograniczoną przez fakty i dobrze udokumentowane tezy o charakterze naukowym. Ma mocne podstawy. To mnie w niej bardzo pociąga, ponieważ jestem daleki od akceptacji wolności znoszącej ograniczenia, rozpasanej, wolności ‘dzieci-kwiatów’. Na podstawie “Boga urojonego” jestem przekonany, że wolność Dawkinsa ma zupełnie inny wymiar (”Samolubny gen”, książka którą wspominasz to następna pozycja Dawkinsa, jaką zamierzam przeczytać).
Nawiązałem do telewizji i innych środków przekazu jedynie w kontekście rozmowy o eseju i tylko w charakterze ilustracji. Tym niemniej, odnoszę wrażenie, że sama zmiana formy przekazu powiększa spektrum możliwości komunikacji (tak postrzegam obcowanie z wytworami cudzej ekspresji artystycznej czy intelektualnej), a tym samym ułatwia uzyskanie różnych perspektyw oglądu na dowolne kwestie. Mam natomiast pewne obiekcje odnośnie tego, czy patrząc od strony ‘podmiotu poznającego’, jest możliwe wyizolowanie poznania czysto rozumowego (przynajmniej na poziomie przeciętnej jednostki - nie mówię tu o ludziach pokroju Kanta obdarzonych umysłem spekulatywnym o wielkiej sile).
W rozmowach o religii problem bardzo często leży w utożsamieniu religii i wiary. Bardzo dużo ludzi dyskurs o zewnętrznej idei postrzega jako polemikę na temat ich prywatnych, wewnętrznych przekonań - ewentualne wątpliwości jako podważanie ich osoby. A to nie jest to samo.
Vilya -> Nie chciałem sprowadzać naszej rozmowy do rozważań tego, które z nas jest bardziej uparte, chciałbym ją sprowadzić do stwierdzenia ‘lub i pozwól lubić’.
W dalszej części skorzystam z prawa ignoranta w dziedzinie eseju do formułowania sądów, które dla fachowców będą zapewne kompletną bujdą. Bardzo istotne jest dla mnie to o czym wspomniałem już wcześniej - odbiór dzieła sztuki jest dla mnie sytuacją komunikacyjną, która spokojnie może być opisana z wykorzystaniem odpowiednich schematów np. Jacobsona.
Dla mnie istnieje zasadnicze rozgraniczenie pomiędzy literaturą piękną a esejem. Literatura piękną wiąże bezpośrednio z aktem kreacji artystycznej. Esej (dla mnie) jest subiektywnym przedstawieniem wycinka rzeczywistości, stanowi więc jako taki wycinek światopoglądu eseisty. W konsekwencji tego wydaje mi się, że esej w sposób dość komplementarny odpowiada pojęciu mimesis - stanowi odzwierciedlenie rzeczywistości.
Aktywność czytelnicza jest dla mnie bezpośrednio związana z uruchomieniem wyobraźni. W takim rozumieniu esej kojarzy mi się z oglądaniem świata przez cudze okulary. Być może jest to atrakcyjne, ale ja widzę w tym przede wszystkim przekłamane kontury, ponieważ to nie są moje okulary. Podobnie film konfrontuje odbiorcę z wyobrażeniem reżysera, co uwidacznia się najlepiej przy próbach przenoszenia znanej odbiorcy literatury na duży ekran. Dialog do jakiego wówczas dochodzi są wynikiem tego że zarówno reżyser filmu jak i czytelnik posługują się swoją własną wyobraźnią. Nie można natomiast stawiać na tym sobie poziomie lektury i oglądania filmu. Czytelnik uczestniczy w procesie kreacji, kreując własne wyobrażenie świata przedstawionego. Jest to coś czego odbiorca filmu nie doświadcza, film to przedstawienie (może i tu w grę wchodzi kategoria mimesis), struktura zamknięta na kreację odbiorcy. I nie mówię tu niczego nowego.
Na traumy rywalizować z Tobą nie śmiem,
nigdy nie byłem młodym dziewczęciem
Chciałam napisać coś mądrego, ale już na początku stwierdziłam, że coś mi nie wychodzi.
Chyba w końcu dam sobie spokój z przekonywaniem Cię do eseistyki, bo nijak nie możemy dojść do porozumienia - sęk w tym, że cała ta nasza rozmowa raz jeszcze rozgrywa się na poziomie rozróżnień, które są mi głęboko obce. Szukanie rozgraniczenia między esejem a lit. piękną jest dla mnie zagadnieniem może i ciekawym, ale jednocześnie - tak bardzo akademickim. I tak najbliższe są mi formy pośrednie, w których jedno swobodnie przechodzi w drugie, co za różnica, jak to nazwać i zaklasyfikować?
A to, co nazywasz “aktywnością czytelniczą” - na użytek własny opisałabym to sobie inaczej, dla mnie to jest po prostu prowokowanie do myślenia. Mało wyrafinowane, ale tak mam. I wtedy z czystym sumieniem oglądanie mogę postawić na tym samym poziomie co lekturę. Przy czym cały czas rozumiem, o co Ci chodzi, ale też i sama nigdzie nie chcę przez to powiedzieć, że jest to doświadczenie jednakie.
Ty mi lepiej powiedz, czemu się na b-netce ukrywasz przed wzrokiem ludzkim?
I jak to jest możliwe, że Nabokov Ci się nie podoba?
Nie kłopotaj się tym, proszę. Ja na nieznajomości eseistyki na dziś dzień nie stracę, eseistyka tym bardziej
Gdybym przyjął twoje rozumienie eseju, napisałbym, że realizuje się to u mnie w codzienności. We własnych odczuciach, w rozmowach z ludźmi znającymi zastosowanie mózgu, ‘w czasie rzeczywistym”.
Jak wiesz bardzo wcześnie zrozumiałem, że nie przeczytam wszystkiego, co chciałbym przeczytać. Uświadomiwszy to sobie musiałem zastosować jakąś selekcję. Stąd moje podejście do eseju jest takie a nie inne. Jeśli już czytam jakieś eseje to są one dość osobliwe - Sebald, Rutkowski, Quignard itp.
Formy pośrednie (jakkolwiek występowały wcześniej) są obecnie w dużej mierze pokłosiem modernistycznych estetyk i immanentną cechą postmodernizmu. Nie zwracam na to uwagi. Interpretacja jest przecież poszukiwaniem wspólnego mianownika. Z tego co rozumiem, poszukiwanie punktu zbieżnego pomiędzy własnym światopoglądem, a twórczością eseistyczny funkcjonuje (tu, w tym konkretnym kontekście) w podobny sposób.
Jest literatura naukowa, która zajmuje się problemem odbioru znaków kultury. Starałem się używać tamtego nazewnictwa. Naprawdę nie wymyślam niczego nowego.
Ja lubię się ukrywać
Nabokov jest dla mnie zbyt kościsty, zbyt tradycjonalny. Nie lubię jego stylu pisania. Spójrz na cytat z Sonntag powyżej. Mam silne wrażenie, że Nabokov nigdy nie napisałby czegoś takiego.
Cóż, rozdzierać nad Tobą szat nie będę, nie poleją się też nad tym łzy me czyste, rzęsiste, co najwyżej w bezsilnej frustracji mogę zacząć na przykład dokonywać aktów agresji na ołówkach poprzez ich systematyczne obgryzanie w ramach rekompensowania sobie niepowodzenia w misji nawracania Cię na eseje. Od 1,5 roku próbuję, zaczynam się godzić z widmem porażki.
Twoje zamiłowanie do ukrywania się nie jest wytłumaczeniem.
Powiedziałabym nawet, że ukrywa wytłumaczenie.
Hm, czytałeś co innego Nabokova niż ja. A mimo to dziwi mnie to, co piszesz. Znam tylko (z prozy) “Maszeńkę” i “Pnina”. Ta pierwsza jest ładna, ale sentymentalna, i to trochę ją gubi. Ale w “Pninie” nic nie ma z kościstości, z tradycjonalizmem bym polemizowała także, ale to akurat jest pojęcie, które można bardzo różnie zdefiniować, zostawmy to więc może na boku. Mnie Nabokov “Pninem” do siebie bardzo przekonał - jest ironiczny, zabawny i tworzy perfekcyjne opisy bohaterów, bawiąc się przy tym mocno konwencjami. Co Sontag - abstrahując od tego, że mi się ten fragment podoba :-), bardzo zresztą przypomina mi z ducha Bellowa - nie wiem, czy Nabokov nie napisałby czegoś podobnego. Za mało o nim wiem. Tak na pierwszy rzut oka nie pasowałoby mi to na poziomie czysto stylistycznym. Ale automatycznie zaczęłam się zastanawiać - tak oceniając po tym, co wiem z drugiej ręki o jego pozostałych powieściach, podobnych do siebie w różnorodności, nie byłam zdziwiona - właśnie ze względu na jego wykorzystywanie literackości literatury.
PS. A eseje czytasz, kiedy już czytasz, nie osobliwe, a po prostu dobre.
Michale, z Nabokova sięgnij po “Obronę Łużyna”, to chyba lepsza książka niż “Lolita” uznawana za sztandarową dla Nabokova. A przy tym powieść, pełnokrwista powieść psychologiczna, jedna z lepszych, jakie w życiu czytałam. Kostyczności i tradycyjności tam nie znajdziesz - nie może ich być tam, gdzie autor po mistrzowsku kreuje postać. Takie postacie zdarzają się rzadko.
Ida pewnie kazałaby Ci przeczytać “Elizabeth Costello” Coetzee’ego, formę pośrednią między powieścią i esejem, więc ja też Ci to polecam. :> Mnie kazała to przeczytać, bo chciała pogadać, a ja zaczęłam i… jak zwykle czytam stado książek naraz, więc to trwa.
A teraz biorę się za “Wymazywanie” w związku ze spektaklem w następną niedzielę.
Ślicznie sobie tu gaworzycie. :>
Vilya -> hah, od półtora roku nie przekonuje Cię do poezji, królowej literatury. Ding, dong, remis
Wiesz, z konwencją to jest tak: można ją przyjąć, można się nią bawić i można próbować łamać daną konwencję. Co do ironizmu, to w lit. amerykańskiej jest na to sporo przykładów, ot chociażby Barth czy Vonnegut. Reszta to kwestia gustu. Okej, zapamiętam “Pnina”, ale nie sądzę żeby Nabakov mnie przekonał. On mi po prostu nie leży, nie moja bajka, jak Proust.
Aaargh, dość o esejach
Verdiana -> Ja mówię o Nabokovie na podstawie lektury “Obrony”. Cenie Coetzee, choć trochę mnie nuży na dłuższą metę. Leci na tej samej linii, nie zmieniając tonacji, jeśli wiesz o co mi chodzi. Zupełnie niż Bernhard. Zjem wszystko co on napisał, kiedyś, a “Kalkwerk” to cudo. Zarówno powieść, jak i spektakl Lupy, na którym miałem okazje być. Sam teraz planuje zaznajomić się z Warholem z perspektywy Lupy, notabene
No popatrz. To skąd mi się wzięło przekonanie, że lubisz i cenisz powieść, a szczególnie powieść psychologiczną? Pewnie sobie to wyprojektowałam po prezentach książkowych od Ciebie.
Podaj mi przykłady ulubionych powieści, dobrze? Poza tymi, o których wiem.
Berhnard też nie zmienia tonacji - mam wrażenie, że cały czas pisze tę samą książkę. I między innymi za to go tak lubię, cenię i… jem. :>
“Kalkwerku” Ci zazdroszczę. Ja widziałam tylko teatr telewizji. Średni był.
Ależ psychologizowanie lubię i cenię, aczkolwiek na konkretnych przypadkach, a nie w generalnych generalnościach.
Trudniejszego pytania dać nie mogłaś. W większości znasz moje literackie bóstwa, ale jeśli bardzo Ci na tym zależy, mogę skrobnąć Ci w mejlu jakąś listę. Nie nadaje się ona na komentarz - boję się że to mogłoby mieć rozmiar regularnej notki ;P
Jest zasadnicza różnica między tymi pisarzami. Nabokov jest zdystansowany, zamaskowany, nie utożsamia się z tekstem. Mam też wrażenie, że nie wychodzi poza konwencję - może ze względu na powyższe. Bernhard ma swój styl, który jest niepodrabialny, kiedy go czytam, mam wrażenie jakbym czytał jego świadomość, jakby przestrzeń pomiędzy autorem a tekstem zmalała do zera. Mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi. To właśnie cenię u niego najbardziej. Zresztą jego fraza bardzo przypomina mi muzykę Pendereckiego.
Jest czego. Zwłaszcza sceny iluminacji.
ps. Jesteś kolejną osobą, której brakuje moich ocen. Myślisz że powinienem zrobić jakiś newsletter ?
Ja się tylko wtrącę - nic nie miałabym przeciwko takiej notce u ulubionych książkach.
A co do ocen - widać coś w tym jest, nie sądzisz?
PS. Co do poezji - cóż, nie starałeś się szczególnie intensywnie.
Ale powiem Ci na pocieszenie, że Twoja modliszka, która wyprzedzała aktualnego Szałamowa, przekonała mnie do tego, żeby sięgnąć po O’Harę. Do tego, żeby sięgnąć - bo już do samego O’Hary niekoniecznie - po przejrzeniu trochę bardziej niż pobieżnym modliszka wydaje mi się najciekawsza. Poezję Ci zostawię, zdecydowanie.
PS2. Hmm, nurtuje mnie, czemu mój Firefox dyskretnie sugeruje mi, kiedy chcę zostawić u Ciebie komentarz, zalogowanie się jako: CHARDIN, Jean-Baptiste-Siméon.
Hmm. Pomyślę nad jakimś sensownym rozwiązaniem. Notka o ulubionych knigach chyba jednak nie ma większego sensu, zważywszy na to jak często pieje nad tym, co aktualnie czytam
Ad ps.
To był faktycznie dość specyficzny fragment jak na O’harę. Dlatego znalazł się tam. A co do sugestii, to myślę że ona wcale nie jest taka zła, ja tam bym się na liska nie obrażał
Notka albo mail - mnie wszystko jedno, ale napisz, dobrze? Koniecznie!
Sama myślę o tym, żeby zrobić taką listę na własny użytek - ona chyba byłaby bardzo długa…
Dla mnie Nabokov jest bardzo nierówny - w różnych sensach. I w tym, że biorąc jego książkę do ręki, nie wiadomo właściwie, co nam tym razem zrobi. I w tym, że nie wszystkie jego książki są równie znakomite. Chodzi mi tu przede wszystkim o powieści - nie we wszystkich niestety kreuje świetnych bohaterów, nie we wszystkich robi użytek z psychologii i obserwacji. Jeśli nie robi - odbieram to jako obniżenie lotów i bardzo mnie to drażni i rozczarowuje.
Bernhard nie ma szans mnie rozczarować, tak myślę. Czy to pisma autobiograficzne, czy powieści - to jeden i ten sam tekst, równie dobry, bez obniżeń i wzniesień stylu, przy czym to cały czas jest bardzo wysoki poziom jednak. B. to dla mnie pisarz co najmniej o klasę lepszy od Nabokova.
Nabokov pisze. Bernhard - JEST pisaniem. Z oczywistszych względów ten drugi jest mi bliższy.
Gdybym miała wybrać, jaką muzykę mi przypomina B., byłyby to nieodmiennie “Pieśni żałosne” Góreckiego. Każdą jego książkę odchorowuję.
Oceny i newsletter - tak! Ja tak robię! Kopiuję oceny do pliku txt i rozsyłam na żądanie. :>
Dobra. Pomyślę w takim razie nad newsletterem
Może też uda mi się w miarę regularnie wrzucać oceny z filmów.
Świetnie opisałaś Bernharda, więc Nabokova zapewnie też. Zupełnie nie wiem jak mogę wypowiadać się o nim, znając go z jednej książki ;P Cóż, nie polubiłem i tyle.
Jutro postaram się wrzucić taką listę. Tu.
Listę ukochanych tu.
A listę ocen z bnetki poproszę na maila. Jak najszybciej! :>
A w ogóle to ciągle zapominam Ci powiedzieć, że umieściłeś na blogu jeden z moich ulubionych rysunków Lipton. Ona jest genialna! I to wszystko są rysunki ołówkiem bądź węglem.
Tę galerię pewnie znasz?
http://www.boomerang.co.za/sites/laurielipton/Gallery.asp
Nie znałem tej galerii, gdyby nie panopticum (genialne miejsce które mam w linkach) w ogóle nie wiedziałbym o jej istnieniu. A tak totalnie ześwirowałem. Ten obrazek już mi wisi na ścianie, a ja cały pokój zamierzam mieć w czarno-białych grafikach. Dzięki za galerię, przepatrzę, może sobie powybieram jakieś rodzynki
Grafiki B&W? To jak znajdę, podeślę Ci grafiki mojego brata. Skanowane niestety na zwykłym starym skanerze, a narysowane, kiedy Adam był jeszcze w liceum, ale i tak je uwielbiam, a nastrojem niewiele odbiegają od Lipton. :>
Podeślij. Jakbyś znała jeszcze jakieś fajne miejsca w sieci (autorzy, galerie zbiorcze) z grafika bądź foto B&W nie omieszkaj także mnie o tym powiadomić
Foto B&W mogę Ci podać od razu. Moja ulubiona strona z klasykami:
http://www.masters-of-photography.com/
Brat zdjął stronę z grafikami, więc muszę poszperać i wyślę Ci mailem.