4
sobota, luty autor vogler
Warszawski spleen, który obserwuję w autobusie dziwnie kontrastuje z pustymi przestrzeniami, jakie poruszają się za szybą. Obserwuję miejscowych, przypadkowych współtowarzyszy w podróży, którzy wydają mi się nacechowani tym miastem, ale czuję, że więcej w tym mojego wydawania się niż autentycznego wrażenia. Tutejsze wydają się być nawet ich rysy twarzy, o języku lub charakterystycznym ubiorze nie wspominając. Tutejsze, nietutejsze - skamieliny wyzute z znaczeń, z bogatą tradycją i bez większej przyszłości (ja jej przynajmniej nie widzę).
Dysonans i sprzeczności chyba najsilniej odbijają się w szybie autobusu, z którym przemierzam obce mi miasto. Moje ostatnio kojarzyło mi się z kulą u nogi. Czułem zmęczenie materiału i narastającą potrzebę maleńkiej iluzji wakacji w pigułce, zmiany otoczenia, więc przyjechałem tu po to, żeby tak je teraz przemierzać, spotkać, zobaczyć i powymieniać się głoskami o mniejszym lub większym natężeniu siebie z ludźmi, których w tych słowach nie będzie. Nie może być, mimo że do tej pory świetnie funkcjonowali na poziomie języka. Gdybym mógł chciałbym tę chwilową rzeczywistość zabrać ze sobą, na wargach. Nie mogę.
I może to i lepiej.
Wakacje w Warszawie to dość osobliwy pomysł
Oderwać się od przygniatającego historią Krakowa by pogrążyć się w goniącą własny ogon, tętniącą teraźniejszością Warszawę.
Dlaczego w tym, co mówimy nie ma nas?
Ja wiem. Jak widzisz jestem jak samochód małolitrażowy, niewiele mi potrzeba do szczęścia, wystarczy odrobinka iluzji
Jesteśmy w tym co mówimy, ale czasami nie wierze w słowo pisane.
Zatem mówisz, że mało palisz? :)))
Słowo mówione, słowo pisane - wszystko maski, maski… :>