*
niedziela, styczeń autor vogler
Dziś ukazało się moje omówienie ostatniej książki Andreia. Forma, w jakiej je opublikowano, jest wynikiem rozmaitych skrótów, częściowo przeze mnie zaakceptowanych, a częściowo dokonanych już po korekcie szpaltowej, a więc bez mojej zgody. Sporządzam wykaz fragmentów usuniętych przez George Ivaşcu i w każdej jego decyzji dostrzegam przyczynek ilustrujący coś, co z czasem może się stać samodzielną gałęzią socjologii kultury - mianowicie patologię kultury.
Jaką rolę w tej morfopatologii kultury może odgrywać redaktor pisma? Jeśli harmonijnie funkcjonuje w tym świecie, uważna analiza jego interwencji może ujawnić właśnie symptomy choroby lub samą chorobę. Na przykład ze zdania „upłynęło dalszych sześć lat, w ciągu których sam autor nauczył się milczeć” G.I. usunął słowa „w ciągu których sam autor nauczył się milczeć”. Jakie zjawisko kulturalnej patologii ilustruje ta interwencja?
W świecie ducha milczenie może mieć przynajmniej następujące sensy:
1) Dialog, jako forma dynamiki ducha, jest naprzemiennością mówienia i milczenia. W tych warunkach nieumiejętność milczenia oznacza unieruchomienie ducha, głupi monolog, kręcenie się w ciasnym kręgu własnego ducha. Jest to więc słowotok, logorrea.
2) W innym sensie milczenie jest zasadą samouctwa, etapem nieodzownym wszelkiej pajdei, Bildung. To ów czas „przyjmowania towaru”, duchowej regeneracji, ładowania akumulatorów itd. W każdej biografii kulturalnej muszą być momenty, gdy nie produkujesz, lecz tylko konsumujesz kulturę, gdy zatem powinieneś milczeć. Odmowa milczenia oznacza tu powtarzanie w kółko tego samego, dreptanie w miejscu, obumieranie na skutek nieodnawiania własnej substancji.
3) Milczenie może być formą przyznania się do niemożności wyrażenia jakiegoś istotnego sensu lub też wyznania, że nie mamy nic istotnego do powiedzenia. Heidegger pisze: „Człowiek, nim zacznie mówić, powinien na powrót wsłuchać się w głos Bytu, nie obawiając się, że słuchając tego imperatywnego wezwania, sam niewiele bądź rzadko będzie miał coś do powiedzenia. Tylko w ten sposób można słowu przywrócić jego bezcenną, istotną wartość, człowiekowi zaś udostępnić schronienie w wielkim pałacu prawdy bytu”. W tym aspekcie odmowa milczenia oznacza pozostanie na powierzchni rzeczy, ślizganie się po niej, wprowadzanie inflacji w przestrzeń słowa.
4) Milczenie może być formą godności ducha, protestu. Zamykasz się w milczeniu, gdy wokół ciebie gada się zbyt dużo i nikczemnie. Odmowa milczenia oznacza tu więc współudział w niemoralnym spisku słowa.
5) Wreszcie „nauczenie się milczenia” można rozumieć jako korektę w postępowaniu, opartą na doświadczeniu negatywnych skutków mówienia. Tym sposobem milczenie staje się wyrazem roztropności, a więc mądrości uzyskanej kosztem wysiłku.W warunkach kulturalnej patologii wszelki kontekst polisemiczny zostaje prewencyjnie wyeliminowany. Instancja „nadzorująca” nie zadaje sobie trudu ustalenia sensu; jeśli tylko dyskurs zdradza najlżejszą bodaj wieloznaczność, zostaje wyeliminowany, bo przecież mógłby w umyśle czytelnika odezwać się jakimś sensem „wywrotowym”, choćby nawet niewyraźnym i słabym. Cały wachlarz możliwych sensów pada tu ofiarą ze względu na groźbę pojawienia się tego jedynego, niewłaściwego. Przestaje istnieć problem zrozumienia; poszukiwanie intencji, a więc ustalanie sensu, to zawsze operacja niepewna i ryzykowna. („Skąd w gruncie rzeczy mamy wiedzieć, czy jemu o to właśnie chodziło?”). Lepiej już, rozsądniej i skuteczniej jest usunąć źródło dwuznaczności. Na przykład w opisanym wyżej przypadku kontekst artykułu wskazuje jasno, że w grę wchodzi sens nr 2 - milczenie o aspektach dydaktycznych, akumulujące, regenerujące. Dopóki jednak funkcjonują również sensy 4 i 5, dopóty wypowiedź polisemiczna będzie prewencyjnie eliminowana.
Tak więc w warunkach patologii kulturalnej dobry redaktor musi zawodowo uprawiać podejrzliwość. Musi on utrzymywać się w ciągłej czujności i widzieć w każdym autorze małego diabła, który na każdym kroku próbuje go wykołować za pomocą słów. Śmieszność jest w tę sytuację wkalkulowana; każdy wartownik kreuje sobie własne upiory, a ten tutaj chory biedak upodabnia się straszliwie do ludzi mających zawsze jedno oko zamknięte (paradoks oka wartownika) w świecie podejrzanych, stworzonych przez jego własny obłęd.
[w:] Gabriel Liceanu, Dziennik z Păltinişu, przeł. Ireneusz Kania, Sejny 2001, s. 185-187